Historia Użytkownika: Ocalić od zapomnienia (cześć VII)

Historia Użytkownika: Ocalić od zapomnienia (cześć VII)

Komentarze1
Anna Jątczak ur.1929 - zm. 2010

Z niecierpliwością czekaliście na VII cześć historii Pani Anny? Mamy dla Was dobrą wiadomość – opublikujemy jeszcze dwa opowiadania z tej serii. Pani Anna miała bardzo smutne wspomnienia z dzieciństwa, które miało miejsce w czasie II wojny światowej. W ramach przypomnienia, na blogu opublikowaliśmy dotychczas 6 części opowiadań Pani Anny. Tutaj możecie przeczytać 1, 2, 3, 4, 5 oraz 6 część.

…Nie mogłam pojąć okrucieństwa tych ludzi, bo kiedy przyszła do mnie moja mama, przyniosła mi pismo, wezwanie na prześwietlenie płuc do ośrodka w Lubrańcu. To było od 14 roku życia, więc mnie obowiązywało. Byłam wtedy u buraków z ludźmi, wyszłam na drogę do mamy, chciałam pobyć z nią choć przez chwilę, bo nie mogłam wiele rozmawiać, stara od domu już krzyczała. A moja mama martwiła się, jak ja tam mogę wytrzymać, ale cóż musiałam. Dziecko było znów w szpitalu to ja musiałam z ludźmi w polu i hakać buraki i futrowaniu świni pomagać oraz poić 5 cielaków. W lato były w ogrodzeniu, przywozili do nich chude mleko, tak samo jak i dla nas.

Bo nam nie wolno było pić innego. Gospodyni gotowała nam jedzenie gorzej jak dla psa i chleb piekła osobno, dla nas czarny i gorzki, a dla swoich piekła biały. Na obiad przy talerzu Każdemu przy talerzu kładła kawałek tego chleba. Ja nie mogłam go jeść, ale Maryszka z tym chłopakiem powiedzieli mi, że muszę, bo mi stara na drugi raz nie da. Na kolacje było codziennie chude kwaśne mleko i ziemniaki, których to każdego dnia musiałam wiadro nastrugać, chociaż nie było tyle potrzeba. Ugotowane w wodzie niczym nie omaszczone nam dawała. To na takim jedzeniu jak ona nas karmiła, ja bym wkrótce wyciągnęła nogi.

Ale pani wysłała mnie do obory, żebym się nauczyła doić krowy takie, które mniej mleka dają, więc dzięki temu miałam okazje napić się czasami świeżego mleka. Wszyscy tak robili, ale musieliśmy się pilnować, żeby nas nie zobaczyli. Ktoś musiał być na straży, bo ona często nas „schodziła”. W zimie to było lepiej, bo zamknęło się od środka, a jak gospodyni przyszła to krzyczała, żeby jej otworzyć. Nie bał się tylko jeden chłopak, było mu imię Władek, to on się wcale niczym nie przejmował. Choć oni wszystkich bili, to jego nie ruszał, tak jakby to właśnie oni bali się jego. A on nieraz mówił jak stary nad nim krzyczał, że niech tylko spróbuje go uderzyć, to mu widły w brzuch wpakuje! Pytaliśmy go co by zrobił później, a on na to, że już byśmy go tu nie zobaczyli. Widocznie miał gdzieś kontakt z partyzantami. Wszystko wiedział, co się w świecie dzieje i nas pocieszał, że to wszystko potrwa już niedługo; on do mnie mówił: „Nie przejmuj się, że stara krzyczy, mnie się wydaje, ze ona śpiewa…”. Ale teraz wrócę do tego prześwietlenia, było ono na 11 maja od godziny 8 rano. Zeszło się ludzi z pół gminy Lubraniec, to byliśmy tam chyba do 11 wieczór, bo nie wolno było odejść bez prześwietlenia; a najpierw wzywali stare babki i kobiety w ciąży.

Ale w tym czasie można się było po cichu czegoś dowiedzieć. Otóż prawda była taka, że oni nas prześwietlali, żeby wiedzieć kto jest chory, a nie po to, żeby nas leczyć, ale żeby najprzód zlikwidować! Bo zaraz za Lubrańcem na takim błoniu budowali jakąś budowle – okazało się,  że to jest krematorium. Można było z daleka zobaczyć kominy i podobno były takie trzy duże piece, więc to tak mieli walczyć z gruźlicą, żeby chorych puścić z dymem przez komin. Dzięki Bogu, że zbliżał się front, a z nim koniec wojny, to tego planu nie zrealizowali. Ale taka jest prawda. Dziś już o tym się nie mówi i nikt nie pamięta. Szczególnie młodzi, którzy się po tym czasie urodzili pewnie by nie uwierzyli, że takie coś mogło istnieć. Dlatego też czas, aby o tym przypomnieć. Nie wiem, co tam z tej budowli zrobiono, bo nie byłam tam od 1960 roku.

Wrócę znów do mojej pracy w Kłobi. Dziecko było w szpitalu, ja musiałam pracować do nocy z dorosłymi ludźmi. We żniwa snopki stawiać w sztygi, bo dwie maszyny kosiły w konie, jedna snopowiązałka a druga na kupki spychała, tak zwana spychaczka. To trzeba było wiązać, a że żyta były tęgie snopy, to mnie kazali stawiać z chłopakiem sztygi, on był w moim wieku, też drobny, słaby i niedożywiony jak ja. Ale kobiety jak związały, to przyszły też do nas stawiać sztygi. Nawet w nocy, bo musiało być zestawione i tak kilka dni z rzędu. Nie było niedzieli ani nie było wolno wspomnieć, że jest niedziela! A potem przyszło wożenie do stogów na trzy wozy, bo były trzy pary koni. Jeden koń chodził w grabiarce i grabił to, co zebrali. Gospodarz miał do pracy trzy rodziny. Ludzi, co tam mieszkali po wysiedlonych Polakach, których ziemię miał przyłączoną. Oni musieli pracować na każde jego żądanie.

Może i im coś trochę płacił, żeby mieli za co kartki wykupić, bo mnie to ani feniga nie dał. Widocznie za to, że mi to nędzne jedzenie dawali, to musiałam tak ciężko pracować. Musiałam odbierać snopki na stogu. Była tam jeszcze jedna kobieta i taki starszy mężczyzna, który stawiał te stogi i był prawą ręką Niemca, bo mu się podlizywał, ale dla mnie i dla tej rodziny co ich sześciu  przychodziło do pracy to nie był wcale przyjazny. Krzyczał na mnie, że źle podaję, że nie odwrócę snopka albo że nie rzucę dalej. Przecież wiedział, że jestem słaba, a w dodatku głodna. Nie miałam nawet komu się pożalić, pot mi oczy zalewał i łzy same płynęły – to była dla mnie katorga. Nad tego Niemca nie było nikogo, był naszym panem życia i śmierci! Ledwie skończyli jeden stóg to zaraz zaczynali drugi, chociaż widać było, że się chmurzy i przyszła burza. Wicher zwalił czubek, bo nie był zabezpieczony i drugi zaczęty, który miał dwie waszty.

Deszcz zlał i wściekał się Niemiec na nas. Ja zanim przyszłam w podwórze, zmokłam do suchej nitki, a że byłam spocona, to mi się to odbiło na zdrowiu. Bolała mnie głowa i miałam kaszel, ale kto by się tym przejmował albo spytał co mi jest! Trzeba było chodzić i robić jak w kieracie! Była zwózka do stodoły, jęczmienia, owsa i pszenicy. Był też len, nie na włókna tylko na ziarno, a wszystko to na zimę, do młócenia w konie kieratem. Mróz, niepogoda? To nic, jeden dzień się młóciło, a na drugi trzeba było wialnią czyścić i ręcznie obracać. Wszyscy mieli co robić. Zboża musiało być zwiane i wyniesione, plewy posprzątane, a na drugi dzień od nowa młócenie. Tak samo ziemniaki kopali w konie kopaczką, a nas pięć par zbierał, a jeździli dosyć szybko, bo tak Niemiec kazał. Ziemniaki były daleko rozrzucane i było ich dużo, że aż jeszcze w listopadzie trzeba było zbierać, choć deszczowo i mglisto, a wcześnie się ściemniało to i tak trzeba było zbierać od świtu do nocy. Do roboty musiałam chodzić w drewniakach. Bo butów mi nie kupili,a o zapłacie to nawet wspomnieć nie można było.

Przecież sami wiedzieli, że nie miałam nic, ale cóż ich to obchodziło. Nastała wiosna, był już rok 1944, dziecko od kilku miesięcy było w szpitalu, aż zmarło. Pogrzeb był w końcu marca. Przywieźli go w trumnie zaplombowanej i nie wolno było otwierać. Młoda pani bardzo płakała. Mój brat, ten który był żonaty, jak się dowiedział, że dziecko zmarło to przyjechał rowerem 45 kilometrów i prosił grzecznie panią, żeby mnie zwolniła, bo jego żona ma dwie małe córeczki, a musi doić krowy i nie ma ich z kim zostawić, więc obiecała mu, że mnie zwolni na jesień. A do mnie to powiedziała: „Ty nie chcesz tu być, ale ty musisz tu być!” Tak się na mnie mściła za to, że jak nastałam to mnie wysyłała: „Idź zobacz co robi Maryszka albo co Włodek robi, albo ta druga Maryszka, albo jakiś inny robotnik…”. Chciała ze mnie zrobić szpiega, żebym na ludzi donosiła, ale się pomyliła, bo ja z ludźmi żyłam w zgodzie i oni mnie również szanowali, z wyjątkiem jednego lizusa, o którym już wspomniałam.

Mój brat jak wrócił do swojego gospodarza to mu powiedział, ze chciałby siostrę jakoś wydostać, na co on zrobił takie pismo-zapotrzebowanie, że jakbym je do ręki dostała to cd razu bym mogła przyjechać. Ale było ono wysłane na adres mojego gospodarza, a on podarł je i wyrzucił do kosza. Również mój młodszy brat reagował z Niemiec. Siostra jego gospodyni chciała mnie ściągnąć, po dwa czy trzy razy przysyłała pismo, ale oni moją korespondencje odbierali i jeśli chcieli to mi oddali, a jeśli nie chcieli to tego nie robili – nic na to nie mogłam poradzić. Aż jednego razu gospodyni do Maryszki powiedziała: „Nie wiem co ta Ana ma za szczęście, wszyscy ją chcą, przysyłają papiery, a pan je drze i wyrzuca do kosza”. Mnie przez to jeszcze więcej dokuczała, np. musiałam ją obuwać w buty, to jej było zawsze niedobrze. Krzyczała na mnie, chciała mnie bić, to ja zdążyłam uciec.

Jak kijem we mnie rzucała, ale kij uderzył w mur i się połamał. Innym razem kiedy też mnie chciała bić, to uciekłam aż na szosę, a ona kazała młodej pani mnie złapać. Wtedy już byłam zdesperowana do granic wytrzymałości. Powiedziałam, że nie wrócę, że pojadę prosto na adres braci do Niemiec. Tam mają godziny pracy wyznaczone od 6 rano do 7 wieczór, a do 9 maja wolne i nikt ich nie bije. Ja tu nic złego nie zrobiłam, a wciąż na mnie krzyczą i chcą bić. Wtedy młoda pani powiedziała delikatnie: „Ana wróć, nie będę Cię bita” i bardzo mnie prosiła, więc wróciłam. Wkrótce dostaliśmy list od brata, który był w niewoli, pisał, że zbliża się front i ich przenoszą gdzieś do kamieniołomów, i prosił żebym nigdzie nie jechała, bo to nie potrwa już długo. Mama mi ten list podała kiedy przechodziła przez Kłobię, bo moją mamę zabrali do kopania okopów, takich głębokich rowów i schronów. Brat pisał, żeby mu nie odpisywać, bo jego los jest nieznany, być może będzie zmieniał miejsce zamieszkania, więc mamy czekać aż on sam napisze. I tak żyliśmy nadzieją z dnia na dzień, że wkrótce zły sen się skończy i wrócimy do domu…

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony