Historia Użytkownika: Mojemu Ojcu…

Historia Użytkownika: Mojemu Ojcu…

Komentarze2

Już w tym tygodniu obchodzimy Dzień Ojca! Nie zapominajmy o naszych Ojcach w dniu ich święta i nie tylko…każdy gest jest ważny, bez względu na jego rozmiar. Z tej okazji pomyśleliśmy, iż doskonałym wprowadzeniem dla tego upamiętniającego naszych Ojców Dnia będzie Historia Użytkownika, a mianowicie wspominania Pani Ewy, którą już zdążyliście poznać dzięki nadesłanym historiom z jej dzieciństwa jak również wspomnieniach o mamie, które opublikowaliśmy z okazji Dnia Matki, które miało miejsce 26 maja. Poniżej prezentujemy wspomnienia Pani Ewy dotyczące jej już nieżyjącego Ojca…pamiętajmy, iż nawet jeśli naszych ojców już nie ma w naszej pamięci pozostaną do końca życia…i może znajdziemy odrobinę czasu jeśli miejsce JEGO spoczynku nie jest odległe od naszego miejsca zamieszkania, aby zapalić znicz na JEGO grobowcu właśnie w dniu JEGO święta..

_______

Mój tato urodził się na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku. W rodzinnym domu ojca panowały surowe zasady i duża dyscyplina co jak na owe czasy nie było niczym niezwykłym. Dziadek Władek wymagał od swoich dzieci posłuszeństwa, lojalności, a przede wszystkim prawdomówności. Tatuś mój, od chwili narodzin, stał się oczkiem w głowie starszych sióstr swojej mamy, cioteczek – Broni i Lodzi, które wręcz uwielbiały swojego Lulusia, jak go pieszczotliwie nazywały i gotowe były poświecić mu cały swój wolny czas. Toteż tatuś zawsze ciepło wspominał chwile spędzone w towarzystwie uroczych cioteczek. Jedną z jego umiejętności jaką nauczyły go ciocie było wyszywanie i haftowanie. Chociaż nie są to męskie zajęcia, ale tata robił to bardzo ładnie, a jego makatki i serwetki długo pamiętała w rodzinie płeć piękna obdarowywana przez niego przy każdej nadarzającej się okazji.

Rok 1926, Luluś – ulubieniec cioć

Gdy byłam mała, lubiłam siadać przy ojcu i patrzeć jak rysuje. Powstawały całkiem ładne obrazki. Niestety, tego talentu po nim nie odziedziczyłam choć starał się wpoić mi wszystkie zasady rysowania i malowania. Dziadkowie, odkrywszy talenty swojego pierworodnego, postanowili by syn zgłębił również tajniki gry na jakimś instrumencie. W tym celu została zakupiona trąbka. Niestety, babcia Zosia nie była w stanie znieść takiego hałasu i czym prędzej trąbka została zastąpiona skrzypcami. Brak słuchu i niechęć do bezustannych ćwiczeń uniemożliwiły stworzyć z mojego ojca światowej sławy wirtuoza. Skrzypce przetrwały wszystkie dziejowe burze i długo pozostawały w domu jako pamiątka rodzinna.

Brużyca – rok 1959 - z ręki taty wszystko lepiej smakuje

Kiedy byłam już trochę starsza, tatuś często powracał wspomnieniami do swojego dzieciństwa. Najchętniej opowiadał o chwilach spędzonych na wsi w czasie letnich wakacji. Dziadkowie moi byli rodzicami, którzy wielką wagę przywiązywali nie tylko do nauki ale i do rozwoju fizycznego dzieci i nie ograniczali im swobody. Toteż pod czujnym okiem mamy i którejś z cioteczek, rodzeństwo bawiło się w najlepsze. Największą frajdę sprawiała mojemu tacie jazda na rowerze po polach i lasach. Opowiadał, że uwielbiał wsiadać na rower i gnać tak przed siebie. Kiedy zaś wracał do domu poobijany i podrapany, mama i ciotki musiały opatrywać jego rany i rozmasowywać z obolałe miejsca. To tu też nauczył się jeździć konno, a konie uwielbiał ogromnie. Po powrocie z wakacji kontynuował swoją pasję często odwiedzając stajnie policji konnej, gdzie jako policjant pracował wuj Józek.   Kiedy wybuchła wojna, jako siedemnastoletni chłopak, został nagle pozbawiony tego bezpiecznego życia i bliskich osób. Pod koniec 1940 roku, tatuś został wywieziony do III Rzeszy, na tak zwane przymusowe roboty. Zatrudniony został w fabryce amunicji w Lüneburgu niedaleko Hanoweru. Pracował tam przez całą wojnę, aż do kwietnia 1945 roku. I tak, pewnego dnia, z dala od domu, zaczęło się dla niego nowe, zupełnie inne życie. Opowiadał, jak ciężko było mu z początku przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości, jak bardzo bał się o swoje życie i jak bardzo tęsknił za rodziną i krajem. Pierwsze miesiące pobytu, ciężkiej, niewolniczej pracy, głodu, zahartowało go i pomału stawał się młodym, odpowiedzialnym mężczyzną, a wychowanie jakie otrzymał w domu bardzo mu w tym pomogło. Jego wrażliwość, łagodny charakter i pogodny uśmiech, sprawiały, że miał wokół siebie przyjaciół, którzy pomogli mu przeżyć ten okupacyjny koszmar.

Zdjęcie wysłane rodzicom z obozu pracy: „Kochanym Rodzicom przesyła na pamiątkę kochający Was syn Jurek” – Lüneburg - 12.04.1942r

Dlatego, wiele lat po wojnie, często wracał wspomnieniami do ludzi dzięki którym przeżył. Byli to, zarówno starsi od niego jego towarzysze niedoli, jak i Niemcy, o których tata wyrażał się zawsze z wdzięcznością. Dlatego uważam, że muszę wspomnieć o nich, bo któż to wie jak inaczej mogły potoczyć się losy mojego ojca.

Było to starsze małżeństwo, którego nazwiska nigdy tatuś nie wyjawił. Zresztą wcale się temu nie dziwię, bo czy zaraz po okropnościach wojny ktoś uwierzyłby w taką historię. Ludzie ci, nie popierali polityki Hitlera ani tego co robił. W wyniku trwającej wówczas wojny stracili swoich pięciu synów.

Teren na którym stały baraki robotników, ogrodzony był drewnianym płotem i graniczył z ich polem. Często, ludzie ci zostawiali pod ogrodzeniem chleb, ziemniaki a nawet ubranie. Terenu obozu pilnowali strażnicy. Jeden z nich był mieszkańcem tej wsi i dobrze znał to małżeństwo, a ponieważ sam miał syna jakoś polubił mojego tatę i kiedy tylko nadarzyła się sposobność, umożliwił mu w wielkiej tajemnicy i pod osłoną nocy wydostać się poza teren aby mógł pomóc tym ludziom. I tak tata zaczął co jakiś czas bywać w ich domu.  Z początku wizyty te ograniczały się jedynie do rozmów i posiłku, ale po pewnym czasie tatuś zaczął pomagać. To coś naprawił, to pomalował i tak obie strony zaprzyjaźniły się. Kiedy wracał do obozu, zawsze otrzymywał jedzenie z którym dzielił się z innymi. Przez cały ten czas obie strony narażały swoje życie gdyż za takie przestępstwo groził obóz koncentracyjny.

Jednak kiedy koniec wojny zbliżał się wielkimi krokami, kiedy po ciężkich bombardowaniach wreszcie pojawiły się wojska alianckie, tatuś po pięcioletniej niewoli, z wielką radością powrócił do kraju, do swoich bliskich.

Mijały lata, aż pewnego listopadowego dnia, pojawił się na świecie, oczekiwany i ukochany mały człowieczek, któremu gotów był okazywać tyle miłości ile było jej w nim samym. Poświęcał mi wszystkie wolne chwile i wtedy kiedy byłam małą dziewczynką i wówczas kiedy miałam już swój dom, swoją rodzinę.

Jako dziecko bardzo często chorowałam wówczas siadał przy łóżeczku, czytał i opowiadał. Często prosiłam „zaśpiewaj mi tato”. I tata śpiewał różne piosenki fałszując przy tym tak bardzo, że babcia z mamą zatykały uszy.

Ale dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Od najmłodszych lat uczył mnie szacunku do innych, szczerości, prawdomówności słowem wszystkiego tego, co sam wyniósł z rodzinnego domu. Pozwalał mi na wiele rzeczy, ale zawsze był dla mnie wielkim autorytetem.

Kiedy pierwszy raz, w wieku ośmiu lat, wyjeżdżałam na kolonie, rodzice odprowadzili mnie na miejsce zbiórki. Z jednej strony byłam szczęśliwa, z drugiej zaś poczułam smutek i żal. Przecież po raz pierwszy wyjeżdżałam na tak długo i tak daleko. Do tego tata wcale mi nie ułatwiał rozstania. Widziałam łzy spływające po jego policzkach aż w końcu sama się rozpłakałam.

Do tej pory nie lubię rozstań i zawsze reaguje tak samo jak wtedy. Całą sytuację opanowała oczywiście mama przywołując nas do porządku. Uważała bowiem, że przyszedł czas bym sama zaczęła radzić sobie w życiu. Miała rację. Nieco później pojechałam na obóz harcerski. To, że należałam do harcerstwa, to też zasługa mamy. W tym czasie, na obozach panowały spartańskie warunki. Więc w jednym z listów poskarżyłam się, że muszę spać na sienniku, bez poduszki i wobec tego jest mi bardzo źle. Oczywiście mój tatko gotowy był zaraz przyjechać ale mama kategorycznie zabroniła. Za to w tajemnicy przed nią przysłał mi upragnioną poduszkę o czym mama dowiedziała się dużo później.

Ten zazwyczaj pogodny człowiek, lubił płatać figle i stroić żarty, które czasami przyprawiały moją mamę o ból głowy. Byłam wówczas małym dzieckiem i zupełnie tego nie pamiętam, ale przez długi czas krążyła po rodzinie opowieść o „małym paluszku”. A było to tak. Pewnego razu, podczas kąpieli, zainteresował mnie mały paluszek u nóżki. Zapytałam więc kąpiącą mnie mamę „czemu ten paluszek taki malutki, a inne są większe”. Mój tatko, który widocznie akurat był w pobliżu, mało myśląc, odrzekł jak zwykle ze śmiechem, że póki mama będzie obcinać paznokcie to palec nie urośnie. Biedak, nie przypuszczał jaki skutek odniosą jego słowa. Podobno zaczęłam tak okropnie płakać i błagać mamę o to, by nie obcinała nieszczęsnego paznokcia, że przybiegły sąsiadki, które usłyszawszy donośny płacz, sądziły, iż musiało stać się coś naprawdę złego. Tego ponoć już moja mama nie zniosła i po chwili uspokajania i tłumaczenia, że „tatuś żartował”, zostawiła winowajcę z krzyczącym dzieckiem. W końcu jakoś zostałam uspokojona, ale od tej chwili przez długi czas, obcinanie paznokcia u małego palca budziło we mnie strach, i kończyło się płaczem, a tatuś za karę, na życzenie mamy, musiał asystować przy tej czynności.


Zabawy z Ojcem

Kiedy poszłam do pierwszej klasy, pani kazała narysować „swoją rodzinę”. Z tego co pamiętam, narysowałam domek, babcię Józię, która z nami mieszkała i która się mną opiekowała, mamę i oczywiście tatę.

Widocznie starałam się jak najdokładniej narysować postacie nie pomijając żadnego szczegółu, bo gdy przyszło mi namalować włosy taty, powstał problem. Mój rodzic był już wówczas dobrze łysiejącym panem. Zawzięcie malując, w pewnej chwili zadałam pytanie:

– Czemu nie masz włosów?

Na co mój tata śmiejąc się oczywiście odparł, że pewnego dnia moja mama mu wszystkie wyrwała i już niedorosły. I znów mamidło długo musiało mi tłumaczyć, że to nieprawda, a tata jak zwykle stroi sobie żarty. Słowa mamy zupełnie mnie jednak nie przekonały bo w tym czasie wszystko co dotyczyło taty brałam zupełnie poważnie. Oświadczyłam więc mamie, że się na nią gniewam i niech sama popatrzy jak „on” teraz wygląda.

W tych czasach parafie organizowały odpusty. Odbywały się one na wiosnę, w kwietniu na św. Wojciecha i w maju na św. Stanisława. Parafia po wezwaniem św. Wojciecha jest na Chojnach. W tym dniu przyjeżdżałam z rodzicami do wujostwa i wszyscy szliśmy na odpust. Dla mnie i mojej ciotecznej siostry była to ogromna frajda. Wracałyśmy do domu zmęczone ale bogatsze o nowe pierścionki, koraliki, piłki na gumkach i inne odpustowe rzeczy. Można też było wziąć udział w różnych loteriach fantowych. Na okrągłym stoliku, jego właściciel ustawiał odlane z gipsu duże i małe sowy, psy, koty i wiele innych dzieł sztuki. Należało jedynie zakręcić patykiem zakończonym kolorowym piórkiem, by przy odrobinie szczęścia stać się posiadaczem takiego cudeńka. Nasze mamy dzielnie znosiły wszystkie nasze zachcianki, ale jakoś do tych gipsowych figurek nie miały serca. Na szczęście nigdy nie udało nam się wygrać, a może i udało, tylko nasze sprytne mamy tak potrafiły dogadać się z właścicielem, bo jako rekompensatę zawsze otrzymywałyśmy przezroczyste kule napełnione płynem z pływającymi rybkami, zimowym zamkiem i nie wiem, czym tam jeszcze. My odchodziłyśmy niepocieszone, ale za to mamy jakieś weselsze.

Mała Ewa z tatą

Pewnego razu na odpust wybrałam się tylko tatą. Tatko znając moje najskrytsze marzenie, przyprowadził mnie wprost do takiego stolika z loterią i wygrałam. Właściwie do końca nie wiem czy wygrałam, czy to tata kawalarz sprawił, że wróciłam do domu z ogromną gipsową sową. Kiedy weszliśmy do domu, mama powiedziała:

– Wiedziałam, że tak będzie, ty to masz Jurek pomysły.

Uparłam się, żeby sowa koniecznie stanęła na kredensie, ale mamci już tego było za wiele. W końcu za namową taty sowa stanęła na szafie. Mama przez długi czas dzielnie znosiła obecność gipsowego stwora. Pewnego dnia sowa zniknęła tak szybko, jak się pojawiła w naszym domu. Nie przypominam sobie, bym jakoś rozpaczała z tego powodu, ale wiem jedno, że dzięki tatusiowi spełniło się moje marzenie.

Kiedy po wielu latach na świat przyszły moje dzieci, stały się oczkiem w głowie dziadka. Mimo postępującej choroby, kiedy tylko czuł się na siłach, poświęcał im każdą wolną chwilę, tak jak kiedyś i mnie. W jednej z zachowanych przeze mnie prac moja córka tak wspomina nieżyjącego już dziadka:

(…) Jak sięgam pamięcią, duży wpływ na moje życie wywarła jeszcze jedna osoba, mój obecnie nieżyjący już dziadziuś. Doznałam od niego wiele dobrego i wspomnienia o nim będę nosić przez całe moje życie. Pamiętam pewien majowy dzień. Mogłam mieć wówczas nie więcej niż pięć lat. Mój dziadziuś, uwielbiający przyrodę, kochający ludzi, ciszę i spokój, zaprowadził mnie do miejsca, które wówczas wydało mi się rajem. Brnęłam z nim po tej olbrzymiej, sięgającej mojej bródki trawie, patrzyłam i uczyłam się kwiatów, wsłuchiwałam się w muzykę jaką wygrywał wiatr i słuchałam śpiewu ptaków. Nie wiem dlaczego właśnie ten spacer wywarł na mnie takie wrażenie. Przecież wiele razy biegałam po łąkach i słuchałam wiatru. Może właśnie wtedy poczuliśmy się oboje wolni.

Dalej, córka pisze tak:

„Mój dziadek, od przeszło dwudziestu lat kolekcjonował znaczki. Lubiłam chwile, kiedy brał mnie i mojego brata na kolana i otwierał po kolei klasery. Słuchaliśmy z ciekawością jego opowieści na temat każdej serii i okoliczności jej wydania. Często przy tym wspominał, że jeszcze przed wybuchem wojny, będąc dzieckiem, też zbierał znaczki, a zaraził go tym jego ojciec, a nasz pradziadek. Niestety zawierucha wojenna okrutnie obeszła się z tą, jak sądzę, wspaniałą kolekcją, która ukryta przed złymi czasami już nigdy więcej nie trafiła do rąk właściciela. Po śmierci dziadka zaopiekowałam się kolekcją znaczków, która była jego dumą (…) Wiem, że decyzja jaką podjęłam, bardzo spodobałaby się mojemu dziadkowi i myślę, że to w tej chwili jedyna rzecz jaką mogę zrobić”.

Cóż więcej można dodać czytając te słowa napisane przez piętnastoletnią wówczas dziewczynkę. Dzień przed swoimi imieninami, trzy tygodnie przed komunią swojego wnuczka Michała, tatuś odszedł. Był to najgorszy dzień w moim życiu. Długo nie mogłam pogodzić się z jego śmiercią i z tym, że nie zdążyłam powiedzieć mu jak bardzo go kocham.

Po latach, gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że mimo cierpienia, śmierć najbliższej osoby buduje w nas coś bardzo ważnego. Zrozumiałam, jak ważni są dla nas rodzice i jak bardzo my jesteśmy ważni dla nich. Daje to nam olbrzymią siłę i pozostaje w człowieku do końca życia.

Dla mnie był to wyjątkowy człowiek, najlepszy Ojciec na świecie.

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony

  • MMM


    Czerwiec 20, 2011

    PIĘKNE WYZNANIE MIŁOŚCI NA DZIEŃ OJCA….BO MIŁOŚĆ NIGDY SIĘ NIE KOŃCZY.KOCHAMY NASZYCH RODZICOW PO TEJ I PO TAMTEJ STRONIE ŻYCIA….DZIĘKI PANI EWO ,PRZECZYTAŁAM Z WIELKIM WZRUSZENIEM I PRZYJEMNOŚCIĄ…..

  • Tessa


    Czerwiec 22, 2011

    Pani Ewo , czytałam i w ogromnej części Pani wspomnień mogę powiedzieć ,że moje wspomnienia , ba nawet fakty …o Moim Tacie są podobne. Poczynając od roku urodzenia ,robotach przymusowych w Niemczech…ogromnej ilości przyjaciół, żartowania i humoru, ogromnej , odpowiedzialnej miłości do dzieci… zabawy z Tatą, wędrówki z Tatą z rączkę „idziemy w świat” na pół dnia a czasem cały dzień, …. Dla mnie Tato zawsze był „najukochańszy na świecie” ,zawsze to wiedział i słyszał ode mnie….i kiedy ostatnie miesiące życia cierpiał i wiedział,że odejdzie , siłą swej woli „zaczekał” aż przyjadą wnuki,moje dzieci , by się pożegnać …i bym nie była w takiej chwili sama…. TAK TO BYŁA NAJOKROPNIEJSZA CHWILA ŻYCIA…. gdy musiałam powiedzieć …… ” już możesz iść, ….” Pamiętam o Tacie i Mamie codziennie…. Dzień Taty, Dzień Mamy … to są dla tych co nie potrafią tego docenić albo w codziennym zabieganiu „o pieniądze, majątek i sławę” zapominają, że to wszystko ma sens tylko wtedy, jeśli ma się Kochaną i Kochającą Rodzinę….,a największym Darem jaki możesz DAĆ i jakiego potrzebujesz , to Dar Miłości i Troski . Jeśli się o tym pamiętało, to gdy MIŁOŚC odchodzi powiesz „DZIĘKUJĘ,ŻE BYŁAŚ „.