Po co nam genealogia?

Komentarze3

Ciekawe pytanie, prawda? Czy zastanawiamy się nad nim ślęcząc nad mikrofilmami? Szperając w starych dokumentach, przeglądając indeksy, czytając stare akta, zapisując dane o dawno zmarłych ludziach, których nigdy nie poznamy? Chodząc w błocie po zapomnianych cmentarzach i robiąc zdjęcia starym domom, gdzie mieszkali przodkowie? Po co nam to wszystko? Dla wielu niewtajemniczonych nasza fascynacja genealogią jest zupełnie niezrozumiała; twierdzą, że powinniśmy się z tego otrząsnąć i znaleźć sobie bardziej praktyczne hobby!

Parę lat temu na usenetowym forum pl.soc.gen (już zamarłym) pojawił się wątek pod tym tytułem. Można było w nim wyraźnie prześledzić dwie opinie: genealogów amatorów i genealogów zawodowych czyli historyków.

Dr Marek J. Minakowski napisał: “Zaczynając ten wątek chciałem powalczyć z magicznym podejściem do genealogii, bliskim zwłaszcza początkującym genealogom, którzy genealogię traktują jako cel sam w sobie – zbudowanie drzewa, żeby powiesić je na ścianie. […] Do tego piłem, mówiąc, że dla badacza życia kardynała Wojtyły jego genealogia to tylko ciekawostka (bo osoby w tej genealogii znane są tylko z tego, że były przodkami Jana Pawła II). Zaś badając genealogię kardynała Oleśnickiego badamy związki rodzinne między przedstawicielami elity politycznej Polski XV wieku”.

Dr Minakowski zajmuje się genealogiami elit polskich m.in. potomków członków Sejmu Czteroletniego oraz wydaniem autorytatywnego herbarza polskiego „Wielkiej Genealogii Minakowskiego”. W swojej wypowiedzi dr Minakowski podkreślił, że dla historyków (a do takich się zalicza) genealogia jest nauką pomocniczą historii. Dla historyków nie jest ważne zrozumienie więzów biologicznych czy też społecznych jednostki, lecz o zrozumienie w jaki sposób te więzy oddziaływały na historię. Nie podziela naszej fascynacji losami naszych przodków – pojedynczych, nieważnych historycznie. Jego praca i zainteresowania znajdują się na innej płaszczyźnie. Ale większość z nas nie posiada szlacheckich przodków i nasze zainteresowanie leżą gdzie indziej. Chcemy wiedzieć jak nasi przodkowie żyli, jaka była ich codzienność, z czego się cieszyli, co ich dręczyło, jak kochali i jak umierali. Nigdy nie będziemy tego znali dokładnie, bo, jak napisałam w mojej książce „większość chłopskich (lub mieszczańskich, dopisek mój) rodzin nie zaistniała w historii lub polityce. Nie zostawiała po sobie pomników, dworków pałaców, ksiąg pamiątkowych lub zapisów w kronikach.” Dlatego musimy używać wyobraźni, wypełnić te luki i białe plamy na kartach historii naszych rodzin. Historia powszechna niewiele nam pomoże w zrozumieniu szczegółów ich życia, choć pozwoli nam w zrozumieniu ich tła.

Natomiast Anna Krzyżanowska, jak sama to określa „nowa” w genealogii, pisze: „Nie wiem czy można tu użyć sformułowania ‘magiczne’, ale w pewnym stopniu chyba tak. Dla mnie genealogia jest odkrywaniem pewnej tajemnicy, a przecież wszystko co tajemnicze ma w sobie pewną magię. Słuchając rodzinnych opowieści o przodkach sprzed stu lat często odnosi się wrażenie, że to jak bajka, tak zadziwiające wydaje się nam, żyjącym w zupełnie innych czasach. Genealogia to nie tylko odkrycie drzewa rodzinnego, ale staranie się odkryć świat tamtych ludzi.”

Pani Anna jest przykładem genealoga-amatora z tym, że dla mnie amator to „miłośnik” (z łaciny), a nie dyletant (w jakim to sensie słowo to się zakorzeniło). Genealogia ją pasjonuje i, podobnie jak ja, nie potrafi sobie wytłumaczyć, dlaczego aż tak ją „wzięło”.  Dla genealogów-amatorów, do których i siebie zaliczam, najważniejsze jest właśnie to nasze rodzinne drzewo, a historia powszechna jest dla nas „nauką pomocniczą” (och! cóż to za bluźnierstwo dla purystów) naszych poszukiwań. Nie wiem co mnie najbardziej w genealogii pasjonuje, ale wiem, że dzięki temu bzikowi nauczyłam się wielu rzeczy z historii, geografii, nauk pomocniczych historii (no tak!) oraz wielu innych dziedzin nauk, o których do tej pory nie miałam zielonego pojęcia. To hobby sprawia mi niezwykłą wręcz satysfakcję. Jestem pewna, że podłożem naszego uczuciowego i emocjonalnego podejścia do prac genealogicznych jest właśnie fakt, że chodzi tutaj o naszych przodków. O naszą krew, o naszych biologicznych krewnych, o nasze geny.

W dyskusji ktoś wspomniał, że teraz kojarzy wiele dat historycznych z datami ze swojej genealogii. Ja też; już nie myślę, że rok 1812 był rokiem marszu Napoleonem na Moskwę, tylko rokiem przed urodzinami praprababki Józefy. Gdy dowiedziałam się, że jeden ze stryjów mojego dziadka macierzystego wyemigrował do Ameryki, to próbowałam sobie wyobrazić jak on z tej Huty Połanieckiej w głębokiej Galicji dotarł do Chicago – jaka była ta droga, czy szedł czy jechał bryczką? Nie było wtedy pociągów – więc jak dotarł do Bremy? I jak długo to trwało? Jak kupował bilety, jak załatwiał paszport? A w jakiej chałupie mieszkała moja prapraprababka w Objezierzu? Jak wyglądał jej dzień codzienny, w co się ubierała, co dawała dzieciom na obiad? Dlatego zaczęłam odwiedzać skanseny i muzea etnograficzne, czytać monografie na tematy chłopskie. Inni w tym celu zwiedzają pałacyki i dworki, czytają pamiętniki szlachty czy mieszczańskie, odwiedzają muzea regionalne. Chcemy w ten sposób uczłowieczyć historię.

Czy byłoby lepiej abyśmy używali terminu „historia rodzinna” zamiast genealogii?  Genealogia – nauka pomocnicza historii, pozostałaby w kręgu zagadnień akademickich, a my bawilibyśmy się (nie mówię pogardliwie – dla mnie zabawa należy do ważniejszych rzeczy w życiu!!!) historią rodzinną? Chyba nieeeeeeee…..

A tak na marginesie to w galerii nad schodami w domu moich Rodziców w Milton wiszą oprawione wywody przodków mojej Mamy i mojego Taty.  Odnalezione, spisane, udokumentowane i wykonane ręcznie przez niżej podpisaną dwa 10-cio pokoleniowe spisy moich chłopskich przodków.

Wywody przodków mojej Mamy i mojego Taty (spisane ręcznie, kliknij na obrazek aby powiększyć)


Powyższy blog jest gościnnym wpisem napisanym przez Panią Małgorzatę Nowaczyk, autorkę książki Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego, która prowadzi również swojego bloga: „Niech żyją przodkowie”.

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony

  • Marian Piórek


    Październik 13, 2011

    Bardzo interesujący wywód wynikający z pasji badacza – genealoga!Szukanie korzeni bardzo jest przydatne do poznania także swojej rodzinnej miejscowości, czy stron rodzinnych!

  • Hanna


    Styczeń 25, 2012

    Rozumiem pasje badaczy swoich korzeni – właśnie amatorów, trafnie nazwanych miłośnikami. Ja zaczęłam od poszukiwań metryk swoich przodków, a teraz dopiero w wieku 64 lat uczę się historii. Wstyd powiedzieć, ale zainteresowanie dziejami chłopów, dopiero teraz się zaczęło. Pamiętam opowieści moich rodziców jak było im ciężko żyć, ale nie zagłębiałam się dlaczego tak było – ot, myślałam byli po prostu biedni. Szukając metryk moich przodków znalazłam wpis, ze mój prapradziadek pochodzi z Galicji cyrkuł rzeszowski.Był to był szok, bo nawet moja 95- letnia ciocia tego nie wiedziała. I tak zaczęła się moja przyjaźń z historią. Wyruszyłam na poznawanie miejsca zamieszkania moich przodków. Pojechałam do Kolbuszowej, aby stamtąd wyruszać w teren. Na swojej drodze spotykałam ludzi nieprawdopodobnie mi przyjaznych i uczynnych. Poznałam ludzi,którzy bezinteresownie pomogli mi znaleźć wiadomości o moich przodkach. Dzięki panu dyrektorowi biblioteki p. Jagodzińskiemu poznałam pana Wojciecha Mroczkę, wspaniałego człowieka, autora wielu publikacji i książek o tamtych stronach, który pokazał mi gdzie mieszkał poszukiwany mój prapradziad urodzony w 1804 roku. W gminie Dzikowiec otrzymałam książki, wprowadzające mnie w w historyczne czasy tamtych stron napisane przez pana W. Mroczkę, pana M. Piórka. Tak zainteresowałam się historią i ciężkimi losami chłopów, teraz dopiero rozumiem co znaczyły słowa moich rodziców.