651802349612Dom

Historia Użytkownika: Fortepian…

Komentarze5

Przez kilka ostatnich tygodni nie prezentowaliśmy Wam historii rodzinnych – czas nadrobić zaległości. Na pewno pamiętacie piękne historie Pani Jolanty Tacakiewicz – Lipińskiej – dzisiaj przedstawiamy kolejną historię z jej rodzinnej biblioteczki! Serdecznie Wam ją polecamy! I mamy nadzieje, ze również tak jak Pani Jolanta – spisujecie swoje historie rodziny, gdyż później nie tylko są one piękną pamiątką dla innych – ale pozostaną na pewno nie zapomniane dla przyszłych pokoleń.

Za panieńskich czasów, moja prababcia, Emilia Nartowska, wtedy jeszcze Stankówna, przebywała we Lwowie dla edukacji, jak się wtedy mówiło, na pensji Sióstr Ormianek.

Prababcia Emilia
Pensja Sióstr Benedyktynek

Mieszkała na pierwszym piętrze, narożnej kamienicy, przy ulicy prowadzącej z rynku do katedry Ormiańskiej, u pani Palmieri – Włoszki. Po powrocie ze szkoły często grała na fortepianie i śpiewała. Przypadkowo profesor konserwatorium muzycznego, usłyszał jej głos, wszedł do domu, przedstawił się i spytał czy nie mógłby ją uczyć śpiewu, bo dziewczyna głos ma wyjątkowy. Emilia miała specjalną budowę gardła, która nawet u bardzo sławnych śpiewaków rzadko się zdarzała, już nie mówiąc o samym głosie, jego barwie i skali. Rodzice się zgodzili z tym, że nie było mowy o karierze scenicznej. Nie mniej jednak Emilia parokrotnie występowała we Lwowie w ówczesnym Teatrze Małym tzw. Skarbka, na koncertach dobroczynnych i tylko w tych celach. Tam usłyszał ją sławny dyrektor z wiedeńskiej opery i dał zrobić specjalnie dla niej fortepian, byleby tylko raz wystąpiła w operze wiedeńskiej. Instrument ten był dostosowany do jej głosu. A był to unikatowy egzemplarz o drewnianej płycie rezonansowej. I ten jeden raz wystąpiła.

W dzieciństwie mojej Mamy Danki, w pradziadkowym Narajowie, w salonie stała wygodna kanapa i fotele. Na podłodze rozpościerała się skóra z białego niedźwiedzia, z wielką głową, białymi zębami i szklanymi oczami. Na niej sadowiły się dzieciaki, aby słuchać swojego dziadka, a mojego pradziadka Franciszka, wygodnie rozpartego na kanapie i opowiadającego o swoich syberyjskich przygodach. Prababcia grywała zaś wieczorami na fortepianie i śpiewała różne kuplety lub pieśni patriotyczne

Ten to austriacki, nieduży instrument, pojechał pod koniec lat dwudziestych do Brzozowa, gdzie w ogromnym domu, mieszkała z rodziną córka Emilii, Wanda  Białowa – moja Babcia.

To na prawo, to dom dziadków w Brzozowie

Jego mieszkańcy byli muzykalni a o patefonie czy radiu mowy jeszcze wtedy nie było, więc na domowych zabawach, można by powiedzieć prywatkach, moja mama Danka, grała do tańca  modne kawałki, jak „Ramona”, „Oczy czarne” itp. na fortepianie, jej starszy brat Leszek, pomagał na skrzypcach, a mój dziadek Stanisław, gdy był akurat w domu, na flecie. Cały gruby plik nut, własnoręcznie przez nich przepisywany jeszcze do dziś leży na moim strychu.

Dziadek i fortepian

W połowie lat trzydziestych Mama wyszła za mąż, za Włodka, mojego Tatę. Tato pracował we Lwowie, Mama w Brzozowie i mieszkali osobno. Tato zarabiał grosze i nie stać go było na utrzymanie żony. Ona nie mogła znaleźć pracy we Lwowie. Byli ze sobą tylko od święta. I tak, kiedy, z okazji takiego święta, Tato przyjechał do Brzozowa, poszli w deszczowy mokry dzień na spacer z psami, Wilczkiem i Pazikiem. W pewnym momencie psy stanęły nad kałużą i zaczęły coś zajadle obszczekiwać. Na źdźble trawy kołysało się nad wodą „coś” bardzo maluteńkiego, przeraźliwie mokrego, nieproporcjonalnie długiego, jeszcze ślepego i bez sierści. Tato schylił się i sięgnął po to, a „coś” ucięło go boleśnie w palec. Dopiero dało się wziąć przez rękawiczkę. Przynieśli „coś” do domu, wsadzili w gałgany, wystarali się o pipetkę i nią cierpliwie, co kilkanaście minut karmili mlekiem. Było skrajnie wyczerpane i tak głodne, że mało je tym mlekiem nie utopili, chcąc trafić do jego maluteńkiego pyszczka. Karmili tak długo, aż „coś” nabrało siły i zaczęło jeść samodzielnie.

Rodzice Pani Jolanty
Mama Pani Jolanty z łasiczką

Okazało się, że to niemowlę łasiczki. Zostało u nich i wyrosło na śliczną, zwinną i zupełnie oswojoną. Nie bała się psów i nie atakowała kotów, a one obchodziły ją z daleka dla należnego szacunku. Przywiązała się bardzo do moich rodziców. Dawała się pieścić i na chwilę brać do ręki. Lubiła spać w wewnętrznej kieszeni marynarki ojca. Ale jak to łasica była żywa, jak srebro. Wszędzie było jej pełno. Potrafiła też mieć swoje antypatie i nie jedna panna z piskiem zwiewała bezmyślnie przed nią na stół. Choć taka ucieczka, jak przed myszą, okazywała się daremną. Łasica była szybsza. Nazywała się Riki-tiki-tavi na cześć Kiplinga, którego tato był wielbicielem.

Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że łasiczka okazała się płci pięknej i nic nie mówiąc nikomu założyła sobie gniazdo w fortepianie, gdzie miała zamiar urodzić swoje małe. Fortepian nagle przestał grać. Rodzice wezwali stroiciela, a ten nie-świadom niczego wyjął klawiaturę, czy coś innego, dużego, co w trakcie demontażu zmiażdżyło łasiczkę. Pozostała po niej już tylko, ale za to na zawsze, krwawa plama. Przyszła wojna i rozdzieliła Polskę na strefy okupacji. Brzozów pozostał po niemieckiej stronie, a Lwów, gdzie schroniła się cała moja rodzina po sowieckiej. Nasz dom w Brzozowie przechodził z rąk do rąk. Był zajęty nawet przez gestapo i w tedy w jego piwnicach powstało więzienie. Wnętrze domu było sukcesywnie grabione przez wrogów jak i przez mieszkańców Brzozowa. Kiedy w 44 roku rodzice uciekli przed sowietami ze Lwowa do Brzozowa, okazało się, że fortepian zniknął. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Pewnego letniego popołudnia rodzice szli przez ryneczek i usłyszeli znajomy głos instrumentu. Mama stanęła jak wryta, absolutnie przekonana, że to nasz. Pobiegła po stójkowego i z nim weszła do mieszkania, skąd dobiegał głos instrumentu. Gdy zobaczyła fortepian, nie brązowy, a czarny w pierwszej chwili straciła rezon, ale – firma ta sama. Wyjaśniła nowym właścicielom, że w tym a tym miejscu powinien być krwawy ślad. Jeżeli będzie, to sprawa jest jasna – fortepian jest nasz. Został otwarty i wszyscy mogli zobaczyć, że ślad był. I tak szczęśliwie, już, jako czarny wrócił do mojej rodziny.

We wrocławskim mieszkaniu

Po wojnie pojechał za nami do Wrocławia. Próbowano mnie na nim uczyć gry. Niestety prababcia wszystek swój talent rozdała dzieciom i wnukom. Dla prawnuczki, czyli dla mnie już go nie starczyło. W latach dziewięćdziesiątych, moi synowie poprosili stroiciela, żeby przywrócił mu świetność dźwięku. Ale niestety, przez jego miękką drewnianą płytę (fortepianu, nie stroiciela) już się tego nie udało zrobić. Został sprzedany za 1,5 miliona, jakiejś początkującej ośmioletniej pianistce. Był „miękki”, a takiego jej było właśnie potrzeba.

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony

  • Renata ROMAN


    Listopad 16, 2011

    Bardzo piękna historia rodzinna z łasiczką w tle. Opowiedziana ze swadą, tak jak powinny być opowiadane historie rodzinne. Słuchajmy, sluchajmy uważnie co mają nam do przekazania nasi rodzice oraz starsi krewni !

  • Katunia89


    Listopad 17, 2011

    Gdzie te czasy, gdzie wspaniali ludzie, którzy tak pięknie opowiadali historie rodzinne i przekazywali wiadomości z pokolenia na pokolenie. Nasze młode pokolenie na nic nie ma czasu aż przeminie pokolenie i nie będzie już kogo zapytać. A nie wszystko można poszukać w internecie….Piękna historia rodzinna.Pozdrawiam

  • Ewa


    Listopad 17, 2011

    Przepiękna opowieść, Jolu 🙂 Już ją gdzieś czytałam, ale teraz, w nieco chyba poszerzonej wersji podoba mi się ogromnie. Pisz, pisz, Joleńko! Wciąż świetnie się czyta Twoje rodzinne historie. Ciekawa jestem min Twoich wnucząt, gdy się tym zainteresują…

  • Ewa M.


    Listopad 18, 2011

    Uwielbiam wszystkie pani historie. Gratuluję.

  • Rodrigo


    Marzec 8, 2012

    pisze:myślę, że nie zawsze i nie skcywtsizh da się przekupić jak dla mnie mogą sobie stawiać lampki co skrzyżowanie- nie mam stałej miejscf3wki, więc nawet to, czy pociągną asfalt czy nie- zupełnie mnie nie rusza.myślę, że poniekąd sławkas ma rację- że ci na tzw. gf3rze nie wiedzą co się dzieje u nas maluczkich.a przynajmniej coś słyszeli, ale za bardzo nie dają wiary w to, że internet stanowi też społeczność, że tutaj też można mieć swoje poglądy, swoje sympatie, antypatie, być niepoprawnym politycznie itd .ale: nic nie zmieni faktu, że internet to tylko narzędzie.i to niestety nie do rządu ale do każdego z nas należy decyzja, wybf3r a potem także (trudne słowo) konsekwencje owych wyborf3w.analogicznie: nie byłabym za wprowadzeniem prohibicji mimo tego, że sama nie piję. kto chce ten pije, jego/jej wybf3r.ale już np. pijanych kierowcf3w stawiałabym pod murem a generalnie to hasło- że ktoś jest internautą kojarzy mi się z pytaniem: jesteś samochodem?;-)