80983753713052012_06_11

Historia rodzinna: “Długa droga do Tipperary…” cz.II

Komentarze2

Dzisiaj na Blogu przedstawiamy kontynuację historii rodzinnej Pana Jacka Lubosa, użytkownika MyHeritage. Historię rodziny warto pielęgnować, gdyż pozostaje ona w pamięci nie tylko dla nas, ale i dla naszych przyszłych pokoleń.

…Potem jeszcze dwa zdjęcia z Bytomia. Walter na przepustce przechadza się po parku z matką i przyrodnią siostrą pod rękę. Przypuszczalnie, sądząc po strojach i pozbawionych liści drzewach, które zaobserwować można na fotografiach, był schyłek zimy (może przyjechał na swoje 19 urodziny?), lub wczesna wiosna. Zawadiacki uśmiech towarzyszył mu niezmiennie. Pewnie odwiedził wówczas i Radzionków. Miał przecież podstawy do dumy- właśnie wyszkolono go do służby w elitarnych jednostkach marynarki wojennej, za jakie powszechnie postrzegano łodzie podwodne. Mundur przyciągał spojrzenia płci pięknej. Jednak sielanka nie trwała długo. Wszak ważyły się losy wojny, a U-Booty spełnić w niej miały, wedle planów OKW, niebagatelna rolę. Trzeba było wracać do Pillau.


Tomasz, Walter, Agnieszka (Agnes) i jej córka Doris (Dorota)

Tymczasem w Prusach Wschodnich wiosną 1944 roku nie dało się jeszcze zauważyć  oznak większego poruszenia sytuacją na froncie. Cenzurowane przez goebbelsowskie ministerstwo propagandy kroniki wojenne wyolbrzymiały małe zwycięstwa tuszując wielkie porażki. Rzesza miała przecież trwać tysiąc lat, zaś od jej ogłoszenia minęło zaledwie jedenaście… Poza tym najdalej na wschód wysunięta prowincja Niemiec nie była Górnym Śląskiem, gdzie plebiscyt  rozłożył głosy na 60 do 40 procent. Niemcy byli w Prusach od XIII wieku i od tego czasu, nie licząc krótkich epizodów z czasów chociażby wojen napoleońskich, administracja prusko- niemiecka nie wycofała się stamtąd ani na ćwierć stulecia. Ludność uważała się za Niemców, ziemia, miasta, wioski i majątki były niemieckie. Jednym słowem status quo na wiosnę 1944 roku w Prusach można było określić jako „no pasaran”. Na liczenie na oczekiwany cud przyjdzie jeszcze czas…

Walter opuścił kajutę VII A na „Robercie Leyu” między marcem a czerwcem 1944 roku. Okręt ten zresztą krótko po jego wyjeździe przestał pełnić rolę pływających koszarów i ,wraz z „Gustloffem” czy „Steubenem”, stał się ostatnią nadzieją uciekających przed Sowietami pruskich i pomorskich cywilów W marcu 1945 roku w Hamburgu został zbombardowany przez RAF, a 2 lata później pocięto go w Anglii na złom.

Wyszkolonego w Gotenhafen i Pillau rekruta- teraz już starszego szeregowego- przydzielono ostatecznie do załogi słynnego U- 107 (typ IXB) chodzącego w skład 2 flotylli U- Bootów stacjonującej w porcie Lorient na zachodnim, atlantyckim wybrzeżu okupowanej Francji. Niestety nie zdołałem ustalić, kiedy gefreiter Zurek przypłynął do Francji. W tej gestii mam dwie hipotezy: jeżeli było to niedługo po powrocie z przepustki- Walter mógł uczestniczyć w   maksymalnie trzech rejsach U- 107, z których pierwszy odbył się między 30 kwietnia a 2 maja 1944 roku. Druga wydaje mi się bardziej prawdopodobna, jednocześnie zaś bardziej tragiczna.

We wspomnianych zbiorach znajduję kolejną pocztówkę. Tym razem do ojca, w końcu czerwca 1944 roku z nad morza pisze Tomasz. Na pieczątce widnieje nazwa „Wollin”. Być może podczas tej wycieczki spotkali się z synem po raz ostatni. Walter, przez Swinemunde i Bredę (nazwa tego holenderskiego miasta pojawia się na pieczątce słynnego zdjęcia marynarza w mundurze) płynął do Lorient, nad Atlantyk. Nieco wcześniej- 6 czerwca- na plażach w Normandii wylądowali alianci, co poważnie skomplikowało niemiecką komunikację wojskową w tym rejonie Europy. Walter jednak dotarł i uzupełnił skład osobowy załogi U- 107- jednego z najsłynniejszych U-Bootów II wojny światowej. Wyposażony w 22 torpedy okręt podwodny, podczas misji trwającej pomiędzy 29 marca a 2 lipca 1941 roku, zatopił płynąc pod komendą kapitana Guntera Hesslera rekordową liczbę 14 statków wroga o łącznych tonażu 86,699 BRT. W roku 1944 U-107 przeprowadził trzy patrole. Pierwszy rozpoczął pod wspomnianą datą 30 kwietnia testując nowo zamontowane chrapy. Na drugi wypłynął 10 maja. Tym razem patrol trwał 11 tygodni. Okręt atakował w tym czasie jednostki kanadyjskie i amerykańskie u wybrzeży Kanady.

Spotkanie U-107 z zaopatrzeniowcem
Na mostku okrętu znak rozpoznawczy - 4 asy

Na ostatni rejs patrolowy U-107 wyszedł z portu w Lorient 16 sierpnia 1944 roku. Płynący pod rozkazami Karla Heinza Fritza U-Boot tym razem dostał zadanie przedarcia się przez aliancką blokadę do baz w Norwegii. Walter Zurek wszedł skład jego 58- osobowej załogi spośród której, nie licząc urodzonego w 1894 roku   Hansa Wimbera, żaden z marynarzy nie miał więcej niż 31 lat…

Port-baza U-Bootów w Lorient. Zdjęcie lotnicze z 1944 roku

U-107 popłynął na południe, przypuszczalnie chcąc zmylić nieprzyjaciela co do swoich rzeczywistych zamiarów. Zresztą kanał La Manche od czerwca był już w rękach aliantów.

W piątek 18 sierpnia 1944 roku na wysokości portu La-Rochelle w Zatoce Biskajskiej został namierzony (najpewniej podczas wynurzenia) przez „latającego jeżozwierza”- jak Niemcy nazywali  latające łodzie  typu Short S.25 Sunderland. Angielski samolot należał do 201 eskadry RAF, której zadaniem było patrolowanie tras niemieckich okrętów podwodnych i ich likwidacja. Sunderland mógł zabierać na pokład 2250 bomb, bomb głębinowych lub min morskich i takim właśnie ładunkiem mógł „poczęstować” w feralny piątek U-Boota, którym płynął bytomski marynarz.

„Latający Jeżozwierz” SUNDERLAND z 201 esk. RAF
U-Boot atakowany przez RAF w Zatoce Biskajskiej

Co działo się wówczas na pokładzie? Kilka lat temu, podczas tragedii rosyjskiego „Kurska” niejeden z nas próbował sobie wyobrazić ostatnie chwile życia marynarzy zamkniętych szczelnie w grubej blaszanej puszce na dnie morza. Młodzi niemieccy marynarze przeżywali podobną apokalipsę walcząc o życie na płonącym pokładzie. Nikomu się nie udało. 58 elitarnych podwodniaków pełniących wówczas służbę na U-107 poszło w komplecie na dno. Wrak łodzi z ich doczesnymi szczątkami do dziś dnia spoczywa w wodach zimnej zatoki…

Umiejscowienie wraku U-107 w Zatoce Biskajskiej

Nie wiem, i pewnie już się nie dowiem, jak wyglądała reakcja Tomasza i Anny na wieść o śmierci jedynego syna. Brakuje mi relacji na temat kontaktów bytomskich Żurków z rodziną w Radzionkowie w schyłkowym okresie wojny.

Tak może wyglądać U-107 dziś...

Ten sam rok 1944 stał się tymczasem ostatnim również dla głowy rodu. 17 listopada o godzinie 20.30 w domu przy Victorstrasse 31 zmarł urodzony w 1869 roku Kazimierz Żurek. Według rodzinnych opowieści został wcześniej pobity przez nieznanych sprawców, którym nie podobały się jego propolskie poglądy…

Akt zgonu Kazimierza Żurka

W styczniu 1945 roku do Radzionkowa wkroczyli Sowieci. Z domu przy Victorstrasse 31 odpowiednio wcześnie zniknęły wszelkie ślady popierania, czy też chociażby tolerowania nazistowskiego reżimu (w latach dziewięćdziesiątych znalezione przeze mnie na „fiśli” budynku gospodarczego). Po raz kolejny zastosowano „mimikrę” zapobiegliwie prenumerując wspomnianą „Trybunę Robotniczą”. Oprócz kilku zegarków (największego skarbu żołnierzy Armii Czerwonej) mieszkanie uniknęło większej grabieży. Wyczekiwana z utęsknieniem przez sowieckich żołnierzy „Giermania”, gdzie można było na poły legalnie gwałcić, palić i rabować, znajdowała się przecież tylko kilka kilometrów dalej. W Bytomiu nie doszło co prawda do gehenny na niebotyczną skalę, jaką zgotowała Armia Czerwona Prusom Wschodnim, nie mniej jednak ta międzywojenna perełka architektoniczna Rzeszy miała już nigdy nie odzyskać dawnego piękna.

Rodzina Tomasza mieszkała w Bytomiu do końca działań wojennych. Żurkowie chcieli uchodzić za „tutejszych”, dalecy więc byli od myśli o emigracji do rdzennych Niemiec. Krótko po wznowieniu wydobycia Tomasz zgłosił się na kopalnię „Bytom” celem kontynuacji zajęcia, którym trudnił się całe życie. Przepracował kilka tygodni, ale pewnego dnia pod bramą kopalni czekali już na niego funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej. Okazało się bowiem, że w czasach obfitujących w różnego rodzaju „życzliwych”  pewien mieszkaniec dzielnicy Radzionkowa- Rojcy, mając z Tomaszem na pieńku, poinformował nową władzę o niewygodnych dla tego ostatniego faktach z okresu wojny. Wśród zarzutów postawionych Tomaszowi miało się znaleźć złe traktowanie jeńców sowieckich podczas ich pracy w kopalni.

Jako „volksdeutsch” Tomasz Żurek wylądował ostatecznie w obozie pracy w Mysłowicach. Obóz ten powstał w lutym 1945 roku na bazie hitlerowskiego obozu przejściowego istniejącego w tym miejscu od 1939 roku. Wykorzystany przez komunistów dawny KL „Rosengarten” , obok obozu na Zgodzie w Świętochłowicach, cieszył się zdecydowanie najgorszą sławą.   Choć istniał zaledwie ponad rok przewinęło się przez niego około 13 tysięcy więźniów, z czego 2,5 tysiąca straciło życie.

Jak pisze w swojej  publikacji „ Obóz pracy w Mysłowicach 1945-1946”  Wacław Dubiański: „Zdarzało się, że strażnicy obozu wywoływali więźniów nocą na korytarz i bili bez powodu. Apele odbywały się nawet od dwóch do czterech razy dziennie, w tym nocą. Więźniowie spali na trzypiętrowych pryczach. W początkowym okresie istnienia obozu dostępne były koce „odziedziczone” jeszcze po Niemcach. Potem więźniowie spali na gołych deskach bez przykrycia” i dalej : ”Ludzie umierali z głodu, panował dur, tyfus i czerwonka. Powojenne służby często celowo doprowadzały też do masowych zgonów przetrzymanych. Transporty trupów odbywały się codziennie nie tylko w nocy, ale i ranem na oczach wielu mysłowiczan przez samo centrum miasta, ulicą Powstańców, Grunwaldzką i Krakowską oraz Oświęcimską i Mikołowską na nowy cmentarz”.

Tomasz nie przeżył pobytu w obozie, gdzie kilkakrotnie odwiedzała go żona i przybrana córka. Jego szczątki spoczęły zapewne na miejskim cmentarzu katolickim w Mysłowicach. Pochowane naprędce i zasypane wapnem leżą do dziś wśród setek podobnych bezimiennych ofiar tragicznego niezrozumienia specyfiki historii Śląska przez sowietów i narzucone przez nich nowe PRL-owskie władze…

Jedna z masowych (w tym wypadku 8-osobowa) mogił więźniów obozu komunistycznego w Mysłowicach

Wkrótce też, powiększając rozmiar tragedii w rodzinie Żurków, na wskutek powikłań chorobowych wynikłych po wizytach w obozie ojczyma, zmarła, pozostawiając maleńką córkę Doris, pasierbica Tomasza- Agnes Świtała. Nie potrafiąc znaleźć sensu życia w nowej PRL- owskiej rzeczywistości Anna Żurek z domu Hampf wyjechała ostatecznie do Northeim w Hannowerze, gdzie zmarła 13 kwietnia 1967 roku w mieszkaniu przy ul. Sollingtor 19.

Anna Żurek z d. Hampf w latach 60-tych podczas mieszkania w Northeim

Wnuczka Anny- Dorota mieszkała przez jakiś czas z ojcem na radzionkowskim Stroszku. W późniejszym okresie, jeszcze w latach sześćdziesiątych, wyszła za mąż i wyjechała do Niemiec. Tu mój ślad się urywa.

A co z radzionkowskimi Żurkami? Jak już wspomniałem pradziadek Kazimierz zmarł w listopadzie 1944 roku. Dziadek Augustyn (ur. 1906, zm. 1981) i babcia Anna (ur. 1908, zm. 1994) wychowali ostatecznie dwoje dzieci- Bronisławę (ur. 1938r.) i Erwina ( ur.1943). Moja matka wyszła w 1958  roku za mąż za Emanuela Lubos, zaś Erwin pojął za żonę Wiesławę i ma z nią dwie córki.

Kazimierz Żurek (mój pradziadek) z żoną Marianną
Anna Żurek zd. Solorz (babcia) z malutką Bronisławą (moją matką)
Augustyn Żurek (dziadek, stoi z prawej) podczas pracy w kopalni „Radzionków”

Z pięciu nie żyjących już sióstr dziadka: Julii (tej, której narzeczony zginął w Belgii w 1917 roku), Rozalii, Jadwigi, Moniki i Marii, tylko dwie wyszły za mąż.  Tym samym na Erwinie kończy się radzionkowska epopeja tej gałęzi rodu Żurków. Samo nazwisko pozostaje nadal dosyć popularne w naszym mieście i, patrząc na radzionkowskie parafialne księgi ślubów, chrzcin i pogrzebów(wydane drukiem przez Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego), nie popełnię gafy pisząc, że jest jednym z najstarszych historycznych nazwisk Radzionkowa (najstarszym znalezionym przodkiem jest żołnierz Anton Żurek, któremu z małżeństwa  z Marianną z d. Zając urodził się 04.04.1811 roku syn Franz).

Kreśląc tę nieco rozszerzoną historię Waltera Żurka chciałem pokazać jak przewrotną bywa historia ludzi pogranicza. Wielu Ślązaków zostało w 1939 roku sprytnie wciągniętych w światową awanturę, która miała docelowo doprowadzić do uzyskania przez Niemcy należnej im mocarstwowej pozycji. Siła propagandy nazistów roztoczyła przed nimi świetlane wizje usprawiedliwionych agresji, konieczności zyskania nowych „przestrzeni życiowych” kosztem znienawidzonych komunistycznych „hord azjatyckich” i słowiańskich podludzi – za tym zaś wszystkim szły bohaterskie i w założeniu zawsze zwycięskie- boje na lądach, morzach, oceanach i w powietrzu.

W niebyt odszedł  niemiecki Beuthen znajdujący się dziś dziesiątki kilometrów od najbliższej granicy z Republiką Federalną. Kroniki wojenne- takie jak ta przedstawiająca radziecką masakrę w pruskim Nemmersdorfie (nota bene solidnie naciągająca prawdziwe wydarzenia) powodowały paniczny wręcz strach ludności cywilnej przed Sowietami,  co niewątpliwie wpłynęło na masowy odpływ rdzennych obywateli miasta (a więc Ślązaków) na zachód. Pogrom miechowicki ze stycznia 1945 roku tylko potwierdził obawy.  Nieliczni, jak Tomasz Żurek, zdecydowali się zostać na miejscu. Dziś wiadomo, że nie były to decyzje rozsądne…

zdjęcia: wikipedia.org, Deutsches Bundesarchiv (German Federal Archive), wwwatlantikwallcouk.blogspot.com, www.wikipedia.pl, lemairesoft.sytes.net, wikipedia.pl

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony

  • Halina Bulas


    Czerwiec 13, 2012

    Tak to niestety bylo z Slazakami.Zostali jako Niemcy wcielani do Wermachtu i musieli ginac za ojczyzne ktora tak naprawde nie byla ich ojczyzna.W mojej rodzinie tez dwaj piekni mlodzi kuzyni,wcieleni do Wermachtu zgineli.Obaj byli pilotami.Byli mlodzi,chcieli latac,ich zycie skonczylo sie tragicznie.Ojciec moj wcielony do wojska niemieckiego jako slazak poddal sie do angielskiej niewoli i szczesliwie przezyl wojne.Rozne byly losy slazakow w czasie wojny,ale zawsze trudne,ciezkie.

  • Iza Goczoł(Żurek)


    Marzec 24, 2016

    Po raz pierwszy” zobaczyłam „mojego pradziadka i prababcię Żurków.Jeszcze raz dziękuję
    Iza