6095293669428robert

Historia rodzinna: „Długa droga do Tipperary…”

Komentarze4

Na Blogu dzisiaj kolejna historia rodzinna, zaprezentujemy ją w dwóch częściach – dzisiaj część I. Czy stara intrygująca fotografia rodzinna może być źródłem do głębi historii rodziny – okazuje się, że TAK! Tym razem mamy dla Was historię autorstwa Pana Jacka Lubos, urodzonego w 1974 r., absolwenta Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, historyka ze specjalnością pedagogiczną, który ukończył również studia podyplomowe: marketing polityczny, zarządzanie zasobami ludzkimi, samorząd terytorialny. Pan Jacek jest żonaty od 2007 r. z Katarzyną z domu Pol.

Pracował przez kilkanaście lat w zawodzie nauczyciela historii w szkołach z terenu Piekar Śląskich, Bytomia i Kalet. Od 2011 roku pracuje jako inspektor oraz rzecznik prasowy w Urzędzie Miejskim w Kaletach, od podstaw tworzy też i redaguję miejski miesięcznik – „Biuletyn Informacyjny Miasta Kalety”. Jest członkiem Radzionkowskiego Towarzystwa Społeczno – Kulturalnego. Okazjonalnie publikuje różnego typu teksty w miesięcznikach lokalnych tj. „Biuletynie” i „Głosie Radzionkowskim”, a także na portalach internetowych www.mmsilesia.pl, www.kalety.pl, www.rtsk.pl. Do zainteresowań Pana Jacka należą: historia, wędkarstwo, literatura, jazda na rowerze, piłka nożna, polityka lokalna oraz Internet.

Moja rodzina, zarówno po mieczu jak i po kądzieli, mieszka na Górnym Śląsku co najmniej od przeszło dwóch wieków. Korzystając z zapisków babci, zielonej skrzyneczki ze zdjęciami i dokumentami, jaką pozostawiły po sobie siostry dziadka, a także wydawnictw Uniwersytetu Wrocławskiego: „Księga ślubów parafii radzionkowskiej”, „Księga pogrzebów parafii radzionkowskiej” i „Księga chrztów parafii radzionkowskiej”, w których skupiono podstawowe dane na temat statystki demograficznej parafii w której mieszkam z I połowy XIX wieku- udało mi się stworzyć rozbudowane drzewo genealogiczne. Niby żadna sensacja – ot wyciągnięcie danych i umieszczenie ich w drzewku. Historia tym mniej ciekawa, że rodziny Żurków i Lubosów mieszkały i mieszkają do dziś w mikrokosmosie liczącym sobie około 8 kilometrów i obejmującym dawniej dwie wsie, dziś miasto i wieś – Radzionków i Orzech. Górny Śląsk i jego historia mają jednak to do siebie, że życie w najmniejszych, ospałych wioskach, w których przez wieki siano, orano, zbierano, później zaś, od II połowy XIX wieku, chodzono polami do pracy w kopalniach i hutach- zmieniło się raz na zawsze wraz z rokiem 1914.

I wojna światowa oderwała głowy rodzin i młodych kawalerów dość brutalnie od codziennych zajęć. Zapakowani w pociągi pojechali na front z nadzieją, że cała ta awantura, zgodnie z kajzerowską propagandą, skończy się po kilku tygodniach miażdżącym zwycięstwem ich państwa- II Rzeszy Niemieckiej. Po większości z nich pozostały jedynie fotografie (chłopak siostry dziadka zginął w Belgii w 1917 roku), część wróciła i niemal od razu znalazła się w samym środku następnej zbrojnej awantury- w 1919 roku wybuchło I Powstanie Śląskie, zaś po nim dwa następne i plebiscyt, na wskutek których to wydarzeń Radzińczanie, niemal z dnia na dzień, znaleźli się w granicach II Rzeczpospolitej. Do centrum pobliskiego, niemieckiego Bytomia mieli niecałe 8 kilometrów…

Walter Zurek, Breda, 1944 r.

Granica podzieliła nie tylko sam region, ale przede wszystkim rodziny. Jedni pozostali po polskiej czy niemieckiej stronie, bo po prostu tak im było wygodniej. Nie chcieli opuszczać ziemi, która od wieków należała do ich przodków. Inni odczuwali silni więzi z jedną bądź drugą orientacją narodowościową i decydowali się na przeprowadzkę. Tak zrobiło wielu uczestników powstań, których domy znalazły się po niemieckiej stronie linii demarkacyjnej. W przeciwnym kierunku podążył brat mojego dziadka- Augustyna Żurka- Tomasz, który wraz z żoną przeprowadził się do Bytomia identyfikując się w 100% z opcją niemiecką. Moja opowieść dotyczy syna Tomasza- Waltera, który zginął w tragicznych okolicznościach, jako 19 letni młodzieniec,  w 1944 roku.

Wśród kilkudziesięciu przedwojennych i wojennych zdjęć i dokumentów, jakie zachowały się w zielonej skrzyneczce stanowiącej namiastkę rodzinnego archiwum, od kiedy pamiętam frapowała mnie zwłaszcza jedna fotografia. Nastoletni przystojniak paraduje na niej z uśmiechem w marynarskiej czapce z charakterystyczną „gapą” Wehrmachtu i stylizowanym gotyckim napisem „Kriegsmarine”. Ubrany jest w „lądowy” mundur z wywiniętym, dużym kołnierzem, pod którym widnieje zawiązana chusta.

W dzieciństwie trudno mi było pojąć skąd w skrzynce znalazł się ów marynarz, zaś jeszcze trudniej dojść do tematu problematycznych emblematów, które wyraźnie kłóciły się z wyrabianym w nas w szkołach patriotycznym światopoglądem negującym swastyki we wszelkich formach…

Do zdjęcia powracałem w przeciągu rozwijania się moich zainteresowań historycznych regularnie, a wynik moich dociekać pozwalam sobie przedstawić jako ciekawą, radzionkowsko- bytomsko- morską opowieść o epizodzie dziejów mojej rodziny.

Walter – bo tak miał na imię marynarz ze zdjęcia- był rodowitym kuzynem mojej matki- Bronisławy Lubos z domu Żurek. Ojciec Waltera, brat mojego dziadka Augustyna Tomasz, jak już wyżej wspomniałem,  nie podzielał bowiem propolskich zapatrywań swojego ojca Kazimierza, którego zresztą w okolicy, chyba nie tylko ze względu na imię, nazywano „Polskim Królem”.  Tomasz zamieszkał w Bytomiu wraz ze swoją żoną, również radzińczanką Anną Hampf (wdową po śp. Bodorze) i jej córką z pierwszego małżeństwa- Agnieszką.  Tam też na świat przyszedł Walter (ur. 23.02.1925 r.).

Kontakty między Żurkami „radzionkowskimi” i „bytomskimi”, choć bez szczególnej zażyłości  (Tomasz był osobą apodyktyczną,  narzucającą otoczeniu swój punkt widzenia na różne sprawy, w tym też pewnie na politykę) były utrzymywane przez cały okres międzywojenny. W tym czasie mój dziadek odbył służbę wojskową w nadgranicznej jednostce na wschodzie II Rzeczpospolitej, dorastały też jego siostry: Julia, Monika, Maria, Jadwiga i Rozalia. Cała rodzina Kazimierza i Marianny ( z domu Mazurkiewicz) mieszkała w parterowym budynku przy ul. Wiktora 31 (dawniejszej Victorstrasse- dziś Szymały) w samym centrum Radzionkowa. Augustyn pojął w 1932 roku za żonę Annę Solorz i urodziło im się w kolejności pięcioro dzieci (Henryk, Alfons, Bronisława, Eleonora oraz Erwin), z czego jednak aż troje zmarło w dzieciństwie. Walter pozostał jedynym wspólnym dzieckiem Tomasza i Anny z d. Hampf.

Po bokach siostry dziadka Monika i Julia. Zdjęcie zrobione przed wejściem do domu przy ul.Wiktora (dziś Szymały)
Augustyn i Anna Żurek
Tomasz Żurek (Thomas Zurek) z żoną Anną (matką Waltera)

Ze wspomnień matki wyłaniają się mgliste obrazy spotkań z rodziną Tomasza (co nie dziwi zważywszy na 13  lat wieku różnicy dzielącej ją od kuzyna). Bronisława (rocznik 1938) rysuje mi  ciepłe wyobrażenie Waltera, co mogło oznaczać, że był zwykłym, pogodnym nastolatkiem, którego na progu dorosłego życia wciągnęła w swoje tryby bezlitosna historia…

Walter od wczesnych lat młodzieńczych karmiony był zapewne wszechobecną propagandą sukcesu i zwycięstw nazistowskiej machiny politycznej, a później polityczno- wojennej. Pamiętając o nastawieniu Tomasza, mogę tylko mniemać, że w domu bynajmniej nie perswadowano mu historii wynoszonych ze szkoły, radia czy kina. Trzeba też przyznać, iż począwszy od „Anschlussu” Austrii w marcu 1938 roku, Hitler faktycznie kroczył po wznoszącej ścieżce zwycięstw…

Tymczasem we wrześniu 1939 roku Żurków, zapewne ku satysfakcji Tomasza, rozczarowaniu Kazimierza i ambiwalentnej postawie Augustyna (nie zdążono go nawet powołać pod broń), przestała dzielić granica. Radzionków, tak jak i wszystkie niemieckie „ziemie utracone” niedawnego autonomicznego Województwa Śląskiego, włączono w październiku 1939 roku do Okręgu Śląsk stanowiącego integralną część III Rzeszy. Szeregowych mieszkańców Radzionkowa potraktowano jak „Niemców z odzysku” represjami dotykając jedynie dawnych powstańców i osoby prowadzące mniej lub bardziej jawną działalność niepodległościową. Wbrew PRL- owskiej propagandzie powojennej mieszkańcy miejscowości, w swojej głównej masie, nie czyhali w ciemnych zaułkach na nazistowskich maruderów wyczekując „jutrzenki wolności”. O dość szybkim dostosowaniu się do nowych realiów świadczą zalegające jeszcze nie tak dawno na naszym strychu numery „Ostdeutsche Morgenpost” kupowane od pierwszych dni września 1939 roku  aż po marzec- kwiecień 1945. Z dwudniowym bodajże poślizgiem siostry dziadka przeszły później błyskawicznie na kupowanie „Trybuny Robotniczej” ( Posiadam numer z pierwszo-stronicowym nagłówkiem „Berlin zdobyty!”). Ot- typowa mimikra ludzi z terenu pogranicza…

Wracając do Waltera- powołanie do służby przyszło w połowie  1943 roku. W lutym skończył 18 lat. Do wojska zgłosił się na ochotnika. Do szkół U- Bootwaffe przyjmowano bowiem prawie wyłącznie ochotników, którzy skończyli  już 17, a nie wyszli poza wiek 25 lat. Aby zostać podwodniakiem trzeba było spełniać dwa warunki: mieć ukończoną minimum szkołę podstawową (Walter, jak się zdaje, zdołał zaliczyć kilka klas jakiegoś technikum- w kronice rejsu łodzi widnieje jako mechanik) ,a także posiadać niemal doskonały stan zdrowia. Dzięki zaaprobowanemu zgłoszeniu do marynarki   szczęśliwie, jak zapewne wówczas myślał, ominął go front wschodni, gdzie po kapitulacji stalingradzkiej generała Paulusa i decydującej bitwie pancernej na Łuku Kurskim w sierpniu 1943 roku sytuacja zdawała się być przesądzona. Rozpoczął się czas sowieckich ofensyw, które za półtora roku doprowadzą Sowietów na północy do Prus Wschodnich a na południu do Radzionkowa i Bytomia. Walter dołączył do elity morskiej części Wehrmachtu- Kriegsmarine, wyjeżdżając do szkolącej podwodne „wilcze stada” admirała Donitza szkoły w Gotenhafen (Gdyni).

Hitlerowski plakat propagandowy „Dobrowolny zaciąg do Kriegsmarine”, zdj., u47.org

W tym momencie historii nie sposób  nie wspomnieć szczątkowej korespondencji Waltera z rodziną dziadka Kazimierza w Radzionkowie. Pierwsza pocztówka prezentująca salę jadalną 1-wszej klasy na luksusowym „Hamburgu” napisana została 17 listopada 1943 roku na pokładzie statku mieszkalnego (wohnschiff) „Cordillera” kotwiczącego wówczas w Swinemunde (Świnoujściu). Pocztówka zawiera zdawkowe pozdrowienia i adres poczty polowej w porcie z przekierowaniem  imiennym na „Cordillerę”.

Wohnschiff „CORDILLERA” na widokówce z 1943 r.
…i jego wrak na wejściu do portu w Świnoujściu w marcu 1945 r. (zdjęcie PAP)

Niecały miesiąc później Walter był już w Pillau (Piławie, dzisiejszym Bałtijsku w Obwodzie Kaliningradzkim). 14 grudnia wysłał pierwszą wiadomość z dumnym wycieczkowcem o nazwie „Robert Ley” (budzącym nieodparte, i skąd skądinąd słuszne skojarzenia ze zdjęciami słynnego „Gustloffa” bo był jego „siostrzanym” statkiem) na odwrocie. Na najbliższe miesiące „Robert Ley” stał się jego wojskowym domem. Następna z pocztówek zawierała nawet zakreślone kółeczkiem okno kajuty z odnośnikiem „tu mieszkam”.

Statek "Robert Ley"
Pocztówka wysłana ze statku

Okręt, budowany z myślą służenia Niemcom podczas urlopów, mogący nominalnie pomieścić 1750 pasażerów, zwodowano w marcu 1939 roku. Wycieczkowiczom służył jednak zaledwie dwa miesiące, bo już w maju przejęła go Kriegsmarine. Podobnie jak „Gustloffa”, u progu wojny zamieniono go w okręt szpitalny („Lazeresttschiff B” – „Gustloff” dostał literkę „D”). Od 1940 roku „Robert Ley” był „pływającymi koszarami” m.in. dla 1. Unterseeboot-Lehr-Division (1.U.L.D.), w której, jak wynika z tekstu na odwrocie pocztówek, od grudnia służył Walter Żurek. Jego macierzystą jednostką stała się VII Kompania z Pillau. W Piławie, zakwaterowany na „Robercie Ley’u” Walter spędził ostatnie w swoim życiu święta Bożego Narodzenia oraz Sylwestra. Ostania posiadana przez mnie pocztówka oraz krótki list datowane są na 2 stycznia 1944 roku. Młody marynarz dziękuje w nim m.in. za 20 marek przesłane mu do Pillau przez dziadka i wujka Augustyna. Honorowo obiecuje zwrócić przy najbliższej okazji.

* „Długa droga do Tipperary”- tytuł irlandzkiej piosenki z początków XX wieku popularnej wśród żołnierzy podczas I, a następnie II wojny światowej. Nie mając z  wojną wiele wspólnego stała się jednym z jej symboli ,a zwrot „It’s a long way to Tipperary” zaczął w przenośni oznaczać długą drogę do domu rodzinnego, do ukochanej, do celu, do kresu trudów i wyrzeczeń. W filmie „Das Boot” Wolfganga Petersena śpiewana w jednej ze scen przez załogę tytułowego U-Boota.”

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony

  • Ola


    Czerwiec 13, 2012

    Sama mieszkam na Śląsku (jak również wszyscy moi dotychczas znalezieni przodkowie od co najmniej 250 lat) i tego typu historie nie są mi obce. Pocztówki z okrętów z czasów I WŚ także znajdują się w archiwach mojej rodziny.
    Gratuluję ciekawego sposobu pisania i czekam na drugą część.

  • Werner Zurek


    Maj 20, 2013

    Hallo,

    mein Vater Heinz Kurt Zurek war auch bei der Kriegsmarine (Vorpostenflottille)

  • Iza


    Marzec 24, 2016

    Cieszy mnie,że mogłam poznać kawałek historii mojej rodziny.
    Dziękuję Ci Jacku
    Iza Goczoł (Żurek)