14616074361632012_08_teczka

Historia rodzinna: powrót do dzieciństwa, a może i szkoły?

Komentarze0

Zapomnij o długopisach, ołówkach, zeszytach. Współczesny uczeń powinien mieć elektroniczną książkę, smartphone z pełnym dostępem do Internetu, dobry laptop – przecież godziny w bibliotece są takie długie, przenośny odtwarzacz multimedialny i parę innych urządzeń, które jeśli nie pomogą w zdobywaniu wiedzy, to na pewno nie zaszkodzą. Ale czy na pewno?

Za nami połowa szkolnych wakacji. Koniec wakacji i powrót do szkoły dostarczają wielu emocji uczniom, ich rodzicom oraz nauczycielom. Chciałoby się, aby były to przeżycia przede wszystkim pozytywne i nastrajające optymistycznie na nowy rok wytężonej pracy.

A jak to było kiedyś? Jak to wyglądało, jak byliście uczniami szkoły podstawowej? Opublikowaliśmy na Facebooku zdjęcie szkolnej teczki, nie sądziliśmy, że aż tylu z Was taką właśnie nosiło :-). Dziękujemy za wszystkie lajki oraz komentarze z ciekawymi historiami.

Nawet jedna historia została nam przesłana z specjalną dedykacją na Bloga MyHeritage! Zobaczcie i ocenie sami. Poniżej prezentujemy historię nadesłaną przez Panią Jolantę, użytkowniczkę MyHeritage.

____

Co wchodziło w podstawowe wyposażenie ucznia kiedyś? Zaczynało się wszystko od legitymacji. Ta pierwsza była najważniejsza, bo świadczyła już o wielkiej dorosłości, o wejściu do wyższej kategorii dzieciństwa, czyli do szkoły.

Legitymacja szkolna z 1952/53 roku


Dalej, wiadomo, tornister. Wszystkie dzieci miały „piękne” ciężkie, tekturowe, świeżo wyprodukowane, och! Obiekty mojej nieposkromionej zazdrości. A ja… miałam lekki skórzany, pewnie poniemiecki, a może jeszcze po lwowski, ale inny niż wszyscy. Bardzo mnie to peszyło. Od początku wszystko mi się rzucało kłodami pod nogi. Nawet tornister. Do niego w pierwszych klasach to niewiele się wkładało. Elementarz, dwa zeszyty. Jeden niebieski w linie, ale taką do 1-szej klasy, zeszyt zielony w kratkę, kredki i piórnik.

Mój pierwszy tornister z szkolnych lat
Mój pierwszy zeszyt w kratkę
Mój pierwszy zeszyt w linie

Z piórnikiem znowu miałam przechlapane, bo mój odziedziczyłam po mamie, taki niby z laki, a koleżanki nosiły dumnie nowe, dwupiętrowe, rozsuwane na bok.

Mój pierwszy piórnik

W takim właśnie mógł mieszkać Plastuś z „Plastusiowego pamiętnika”.

Piórnik koleżanek

Na początku pisaliśmy tylko ołówkami. Dopiero po paru miesiącach pozwolono nam użyć obsadek i stalówek. Do kałamarza ustawionego w otworze ławki, pani co jakiś czas nalewała atramentu, tak, i nie trzeba było nosić własnego. Mimo tego nasze dłonie i tak były wiecznie upaprane na niebiesko. Nawet przy stosowaniu bibuły, brudziliśmy się bardzo. Poza tym dwa razy w tygodniu nosiło się blok rysunkowy – w pierwszych klasach nr, 1 później nr.2, większy. A i obowiązkowo „Świerszczyk”, tygodnik dala najmłodszych dzieci.

Świerszczyk Iskierki

Miałam jeszcze różne cudeńka po mamie, jak jej przenośny maluśki kałamarz, poniemiecką strugaczkę do ołówków i a takie tam różne różności.

Niemiecka strugaczka

Papcie jeszcze wtedy nas nie obowiązywały, bo czarne podłogi były napuszczane chyba naftą. Chodziliśmy w butach i w lecie i w zimie.  Natomiast od pierwszej klasy dziewczynki były obowiązane do noszenia granatowych fartuszków, uszytych z materiału podszewkowego. Nie przestrzegano tego nadmiernie, co widać na zdjęciach z pierwszych klasy szkoły podstawowej. W ogólniaku to już zaczął się rygor.

Do lewego rękawa musiała być przyszyta tarcza szkoły, jak również do płaszcza, czy kurtki w zimie. U wejścia do szkoły stał zazwyczaj woźny lub p. Kopeć i sprawdzali czy aby one na pewno są. Pan woźny ogłaszał ręcznym dzwonkiem przerwy i ich zakończenie.

Co to były za czasy!

Czy zauważacie duże różnice tego jak to było kiedyś w szkolnictwie, a jest obecnie?

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony