8728294326534emerytura

Dzień Dziadka: Historia dziadka Władka

Komentarze0

Dzisiaj po Dniu Babci, obchodzimy Dzień Dziadka. Dzisiejszy Dzień to czas, aby podziękować dziadkom za ich wsparcie i codzienną obecność w naszym życiu. Dzień Dziadka jak i Dzień Babci jest dla mnie i mojego rodzeństwa dniem wyjątkowym, gdyż możemy podziękować wtedy dziadkom, osobom z którymi wiąże się tak wiele ciekawych wspomnień oraz którzy zawsze nas wspierali. Od zawsze w tych dniach odwiedzałam z rodziną babcię i dziadka z okazji ich święta składając życzenia oraz obdarowując ich upominkami. Jako, że teraz nie mieszkam tak blisko nich jak kiedyś robi to za mnie moje młodsze rodzeństwo, a życzenia składam telefonicznie lub wysyłam kartę.

Swoją wspaniałą historię o dziadku opowiedziała nam Pani Ewa Mordalska, użytkowniczka MyHeritage. Zapoznajcie się z losami jej dziadka Władka.

Dziadkowie pod koniec lat 20-tych. Dziadek ma na sobie mundur tramwajarski z którym do końca życia praktycznie nigdy się nie rozstawał.

‚Kiedy patrzę na stare, pożółkłe fotografie moich dziadków, to czasem wydaje mi się jakby te sceny wydarzyły się całkiem niedawno.’

Doskonale pamiętam z czasów mojego dzieciństwa dziadków, w których objęciach odnajdywałam ciepło i poczucie bezpieczeństwa, a siadając na ich kolanach, wysłuchiwałam ciekawych historii, bajek oraz wspomnień o czasach, kiedy sami byli jeszcze dziećmi. Są to wspomnienia, których nie zatarł czas, a które dla mnie – ich wnuczki – zawsze będą bezcenne. Bo dziadkowie, to dla wnuków ogromny skarb. Ten spędzony z nimi czas, stał się w przyszłości drogim wspomnieniem lat dziecięcych.

Mój dziadek Władek był najstarszym z żyjących dzieci Józefa i Bronisławy. Po kilku latach niepowodzeń i rodzinnej tragedii związanej ze śmiercią ich starszych dzieci, tym radośniej rodzina przyjęła jego narodziny. Miało to miejsce pewnego czerwcowego dnia 1898 roku.

Niewiele mogę powiedzieć o dzieciństwie dziadka, gdyż tak naprawdę nigdy go nie pytałam, a on sam tematu tego nie podejmował, zresztą tak jak i wielu innych. Był osobą bardzo skrytą i nie pytany nie lubił wracać wspomnieniami do minionych lat. Jestem jednak przekonana, że wychowywał się w rodzinie pamiętającej o przeszłości i historii rodziny, w kulcie patriotyzmu i szacunku dla osób starszych.

Kiedy zaczęłam gromadzić i zapisywać wspomnienia o moich najbliższych, wysłuchałam kilka ciekawych opowieści, które, jak myślę najbardziej scharakteryzują osobę dziadka. Oto garść wspomnień tak bardzo dla mnie cennych.

W kamienicy, gdzie mieszkali w latach 20-tych moi pradziadkowie i dziadkowie, mieszkała pewna rodzina, z którą dziadkowie bardzo się przyjaźnili. I nie była to taka sobie zwykła przyjaźń. Była przykładem prawdziwego oddania oraz wspaniałych stosunków sąsiedzkich jakie w tych czasach panowały wśród ludzi, a tak rzadkich w czasach obecnych. O historii tej niezwykłej znajomości opowiedziała mi kiedyś siostra mojego taty:

Państwo P. przez wiele lat, mieszkali na parterze w tej samej kamienicy tak jak i moi dziadkowie i rodzice. Żona pana P. była z pochodzenia Niemką, co w latach okupacji odegrało niemałą rolę w historii tej rodziny. Muszę jednak powiedzieć, że obydwoje czuli się Polakami. Pan Feliks – przyjaciel dziadka Józefa był urzędnikiem państwowym i to dzięki niemu, mój ojciec dostał tam posadę. Mieli oni czworo dzieci, dwie córki i dwóch synów. Obie rodziny bardzo się przyjaźniły. Przyjaźniły się także ze sobą i ich dzieci, czyli my.

Jakoś tak niedługo przed wybuchem wojny, wyprowadzili się z kamienicy i zamieszkali w nowo wybudowanym przez siebie domu na Widzewie-Żdżarach ale nadal utrzymywaliśmy kontakty. Kiedy wybuchła wojna, rodzina, ze względu na pochodzenie matki, mogła bez żadnego trudu podpisać volkslistę, jednak tego nie uczyniła co poniosło za sobą daleko idące konsekwencje gdyż w jakiś czas potem gestapo aresztowało pana Feliksa. Wkrótce został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Być może był też i inny powód tego aresztowania ale o tym nic mi nie wiadomo. Jego żona strasznie to przeżyła i by ratować męża, a także i dzieci zdecydowała się na desperacki krok i w końcu podpisała, proponowaną wcześniej przez władze niemieckie, volkslistę. Od tej chwili, razem z nią pochodzenie niemieckie otrzymało także dwoje młodszych dzieci. Zaś dwoje starszych, już pełnoletnich pozostało przy swym polskim pochodzeniu. Tak często bywa w życiu, że czasem chcąc ratować życie najbliższej osoby decydujemy się na takie radykalne kroki. Po pewnym czasie i dzięki staraniom żony, pan P. został zwolniony z obozu i szczęśliwie powrócił do domu.

Nie był to już jednak ten sam człowiek, bardzo się zmienił. Ale rodzinę czekała kolejna tragedia gdyż do tego samego obozu trafił wkrótce najstarszy ich syn. Nie miał on jednak tyle szczęścia co jego ojciec i zginął w obozie jeszcze przed zakończeniem wojny. Można by powiedzieć, życie ojca za życie syna. Natomiast młodszy ich syn, po osiągnięciu pełnoletniości, prawie natychmiast został wcielony do wermachtu i wysłany na front. Miał na imię Wiesiek. Bardzo mu ciążyła przynależność do narodowości niemieckiej. Czuł się z tym źle nie tylko wobec siebie ale także i wobec swoich przyjaciół. Rodzice jego również nie mogli się z tym pogodzi.

W międzyczasie ich najstarsza córka została wysłana na roboty do Niemiec. Dalsza historia rodziny, choć nie kończy się dobrze, ale związana jest już z twoim dziadkiem Władkiem. Otóż, kiedy Wiesiek przyjechał z frontu na przepustkę do rodziców, ojciec mój wraz ze swoimi kolegami z organizacji, ukryli go i postarali się o lewe dokumenty. Po krótkim czasie, dla bezpieczeństwa, wywieziono go z Łodzi. Dokąd – tego nie zdołano nigdy ustalić. Od tej pory nikt już więcej o Wieśku nie słyszał i nikt też nie wie jak potoczyły się dalsze jego losy. Nigdy też już nie nawiązał kontaktu z rodziną. Zaraz po zakończeniu wojny, pewien nieznany nikomu mężczyzna, przekazał rodzicom wiadomość, że był żołnierzem AK i walczył w Powstaniu Warszawskim. Czy przeżył powstanie, trudno powiedzieć. Być może przeżył i po wojnie przedostał się na Zachód, a w trosce o rodzinę postanowił nie ujawniać swojego miejsca pobytu. Przecież nie dosyć, że był Niemcem, dezerterem, to jeszcze walczył w szeregach AK . Kiedy minęły czasy stalinowskiego terroru, rodzina wszczęła poszukiwania, ale nie znając przybranego nazwiska, niczego nie była w stanie się dowiedzieć. Takich historii było wówczas wiele i nie był to odosobniony przypadek ludzi, którzy w obawie o losy swoich bliskich mieszkających w kraju, woleli się nie ujawniać i w rezultacie umierali samotnie, gdzieś na obczyźnie.

Po wojnie, mój ojciec przez długi czas milczał i nie chciał nikomu nic powiedzieć. Trochę się jednak domyślaliśmy. W końcu powiedział nam, że od 1943 roku należał do tajnej organizacji i był łącznikiem. Przyznał, że będąc motorniczym, w czasie wojny, bardzo często przewoził narażone i ukrywające się osoby, które później przekazywał  innym osobom z organizacji. Zaraz po wojnie nie mógł się przecież przyznać, że pomógł niemieckiemu żołnierzowi. Po jego śmierci szukaliśmy jakiś dokumentów, które by to potwierdzały, ale nic nie znaleźliśmy. Tylko żyjące siostry Wieśka potwierdziły autentyczność tych zdarzeń. Szkoda, że tak mało informacji dotarło do nas.”

Nie dziwi mnie wcale postępowanie mojego dziadka, zawsze był bowiem patriotą i tego uczył swoje dzieci i swoje wnuczki. Ważne, że nie bacząc na niebezpieczeństwo, miał w sobie tyle odwagi, by pomagać innym. Ja też próbowałam odnaleźć jakiś choćby najmniejszy ślad jego wojennej działalności, ale bez rezultatu.

Aby utrzymać rodzinę, dziadek dużo pracował. W tym czasie babcia zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Ale oprócz codziennych zmagań, obowiązków i pracy, dziadziuś miał też i swoje pasje, którym poświęcał prawie każdą wolną chwilę. Umiejętności nabył jeszcze w wojsku gdzie był łącznościowcem. Pierwszy swój radioodbiornik złożył sam jeszcze przed wybuchem wojną. Tatuś tak wspominał:

„Pewnego razu tata przyszedł z pracy o wiele później niż zwykle. Wszedł do kuchni i na stole postawił dużą skrzynkę pełną jakiś dziwnie wyglądających przedmiotów. Mama popatrzyła podejrzliwie i ze zdziwieniem spojrzała na tatę. A on tylko się uśmiechnął, ucałował mamę w rękę i z uśmiechem oznajmił: „Zosiu, będę składał radio”. Mama pokiwała tylko głową i zaczęła odgrzewać obiad dla ojca. A tata nawet nie zdjął swojego munduru tylko czym prędzej zaczął wykładać na stół lampy, śrubki, druciki. Było tego strasznie dużo.

Kiedy w wielkim pośpiechu zjadł obiad, zaraz przystąpił do pracy. Przez kolejne dni, zaraz po powrocie z pracy rozkładał ten cały swój warsztat i znów cierpliwie składał, spawał i montował. Strasznie mi się to podobało więc w wolnej chwili siadałem obok ojca i patrzyłem. Czasem nawet dawał mi coś do zrobienia lub przykręcenia przy tym objaśniając i nazywając poszczególne części. I tak dzień po dniu, aż pewnego wieczoru, z radia popłynęła muzyka. Bardzo się wszyscy cieszyliśmy, bo jako pierwsi w całym domu  mieliśmy radio. A tata w najbliższą niedzielę zniósł radio do mieszkania sąsiada na parterze. Obaj ustawili je w otwartym oknie by wszyscy mogli posłuchać. Zaraz zeszła się spora grupa mężczyzn ze stołkami, taboretami i czym kto miał i do późna słuchano radia. Od tej pory dziadek często znosił radio na dwór. Stało się to jakby niedzielnym rytuałem, bo nawet gdy nas nie było w domu, tata radio zostawiał u któregoś z sąsiadów. Później złożył jeszcze kilka sztuk dla znajomych.”

Ja też pamiętam z czasów mojego dzieciństwa dziadka, który siedział przy kuchennym stole pełnym najprzeróżniejszych części, lamp i narzędzi, i naprawiał radia powierzone mu przez znajomych. Czasem były to bardzo stare, jeszcze przedwojenne egzemplarze, na których znał się najlepiej. Kiedy razem z Marylą przychodziłyśmy do niego w odwiedziny, przysiadałyśmy obok, jak niegdyś mój tata i przyglądałyśmy się jak mozolnie wkręcał, wykręcał i spawał poszczególne elementy.

Wykorzystując nabyte w wojsku umiejętności, dziadek każdą wolną chwilę poświęcał montowaniu i naprawianiu radioodbiorników. To była jego pasja, której oddawał się jeszcze długo przed wybuchem wojny.

Drugą, wielką miłością dziadka były zwierzęta, a szczególnie kochał psy. Ile psiaków przewinęło się przez jego dom, trudno by zliczyć. Psy były nieodłącznymi towarzyszami w jego życiu zarówno przed wojną jak i po jej zakończeniu. Kiedy był jeszcze dość młodym człowiekiem, zawsze towarzyszyły mu duże, silne psy. Dopiero w starszym wieku otaczał się małymi, hałaśliwymi psiakami. Kiedy po śmierci babci Zosi, dziadziuś zamieszkał przy ulicy Piotrkowskiej, to zawsze na korytarz wybiegały by nas powitać dwa rasowe, malutkie pinczerki – Cacek i Perełka. Kiedy doczekały się potomstwa, dziadziuś pokazał nam szczeniaki tuż po ich narodzinach. Były tak maleńkie, że same bałyśmy się je wziąć do ręki, więc je poukładał na naszych kolanach. Perełka była miłą suczką, która najbardziej lubiła nam siadać na kolanach, a dziadka wprost uwielbiała. Cacek natomiast był strasznie wrednym psiakiem. Mimo pieszczot, których mu nie szczędziłyśmy, i tak znalazł sposobność by złapać którąś z nas za łydkę lub piętę…

Galeria zdjęć:

To zdjęcie babci zostało zrobione około 1911 roku.

Jedno z pierwszych zdjęć jakie dziadek wysłał do swoich rodziców. Służył wówczas w 1 pułku telegraficznym – Kraków – rok 1919.

W 1965 roku, po ponad czterdziestu latach pracy, dziadek przeszedł wreszcie na emeryturę. Wraz z nastaniem ciepłych, wiosennych dni, rodzinne spotkania, które tak wszyscy lubiliśmy, odbywały się przeważnie w ogrodzie jego córki. Jego ulubionym miejscem w ogrodzie gdzie najczęściej lubił siadać, była rozłożysta, jeszcze przedwojenna jabłoń. Siedząc, przypatrywał się naszym zabawom i nam – swoim wnuczkom.

A czy Wy złożyliście już życzenia swoim dziadkom? Może macie jakieś wspaniałe historie związane z nimi do opowiedzenia?

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony