Historia rodzinna: Wielkanoc trzech pokoleń – wspomnienia Ewy Mordalskiej

Komentarze
Pisanka, fot. Wikipedia

Za nami Wielki Czwartek, dziś Wielki Piątek i przed nami Wielka Sobota, Wielka Niedziela i Wielki Poniedziałek. Święta Wielkanocne to bardzo ważne i rodzinne święta dla każdego katolika. Mamy nadzieje, że spędzacie je w gronie rodzinnym z najbliższymi. Życzymy Wam jeszcze raz Wesołych Świąt Wielkanocnych i zapraszamy do zapoznania się z historią rodzinną Ewy – Wielkanoc trzech pokoleń!

Ważnym i uroczyście obchodzonym w Łodzi świętem była Wielkanoc. Wielkanoc jest najstarszym świętem chrześcijańskim. Duchowo do święta przygotowywano się poprzez czterdziestodniowy post, który rozpoczynał się w środą popielcową.

Kiedy nadchodziły te najważniejsze dla katolików święta, w środę popielcową, babcia Józia zabierała mnie do pobliskiej Katedry gdzie zgodnie z tradycją posypywano nam głowy popiołem. Pamiętam, jak bardzo kłóciłam się z moją mamą, gdyż potem za nic w świecie nie pozwoliłam sobie umyć włosów.

Panie domu odpowiedzialne były za świąteczne porządki jak i za przygotowanie potraw. W każdym domu gotowano i zdobiono jajka.

I tak w 1899 roku, w łódzkiej prasie zamieszczono nawet krótki artykuł o sposobie farbowania jaj wielkanocnych. W tamtych czasach do farbowania stosowano przeważnie naturalne barwniki, które pozyskiwano chociażby z warzyw. Oto co pisano na ten temat:

„(…) Farbować można zielono za pomocą liści szpinakowych: kolor żółty otrzymuje się w różnych odcieniach, stosownie do tego, czy się użyje szafranu, łupin cebulowych, migdałowych lub korzeni pokrzywy; do farbowania na czerwono używa się brezylii; na fioletowo kwiatów suszonych czarnej malwy, na brunatno marzanny; na błękitno drzewa depeszowego albo lakmusu; koszenilla w większej lub mniejszej ilości dostarcza wszystkich odcieni karminu, od bladoróżowego do ciemnej purpury. Jeżeli położymy na skorupie jaja listki pietruszki, lub inne i przywiązawszy je płóciennymi paskami, będziemy  gotowali w brezylii, jaja będą czerwone w białe rzuty. Farbując jaja za pomocą lakmusu dodaje się trochę sody.”

W Wielki Piątek wieczorem, siadałam z mamą lub tatą i zdobiliśmy sporą ilość ugotowanych przez babcię jaj. Za barwnik służyły nam łupiny cebuli, czasem siano, o ile akurat było w naszym posiadaniu. Jaja owijało się też w nacięte, bawełniane i kolorowe gałganki, które poprzez gotowanie farbowały je na różne kolory. Im gałganki bardziej puszczały farbę, tym powstawały ciekawsze kompozycje. Zbierało się je niekiedy przez cały rok. Gałgankowe królestwo posiadała przecież ciocia Genia, ale zawsze można też było wyżebrać u cioci Krysi oraz cioci Lodzi – siostry mamy.

Co bardziej uzdolnieni członkowie rodziny, jak Maryla i jej tata – wujek Jurek, czy też i mój tata, na jajkach umieszczali różne, wymyślone przez siebie wzory. Niestety, taki sposób dekorowania świątecznych jaj był poza moim zasięgiem, gdyż kompletnie nie posiadałam zdolności plastycznych. Kiedy podczas świąt odwiedzaliśmy te wszystkie ciotki i wujków, w prezencie otrzymywali przygotowane przez nas pisanki. Część pomalowanych jaj układało się w koszyku na naciętej, zielonej, karbowanej bibule, która imitowała trawę lub też na posianej, żywej trawce, którą mama zasiała dużo wcześniej. Do koszyka wędrował także cukrowy baranek, kurczak z waty i czekoladowy zajączek z cukierni pana Gostomskiego, cukierni, której tradycje sięgają jeszcze czasów przedwojennych i dzieciństwa moich rodziców.

Wielka Sobota była dniem, kiedy to wierni święcili pokarm, którym później dzielono się podczas uroczystego, wielkanocnego śniadania. Przed stu laty, łodzianie do święconki wkładali podobne produkty jak dziś. Do święcenia przygotowywano półmisy, makutry, misy i układano na nich całe pęta kiełbasy, szynkę i olbrzymią ilość jaj. Dopiero po wojnie zaczęto używać małych, wiklinowych koszyczków udekorowanych w tasiemki, wstążki i zielone gałązeczki borówek. Do nich wkładano niewielkie porcje kiełbasy czy jaj. Zaczęto dodawać także chrzan, chleb, sól czy pieprz.

Do wybuchu wojny, wierni nie przychodzili ze święconką do kościoła, ale to ksiądz odwiedzał wytypowane przez lokatorów mieszkanie i tam święcił pokarmy, bez względu na to czy był to dom zamieszkały przez robotników czy kamienicznika. Podobnie święta wyglądały i w rodzinnym domu mojej mamy przy ulicy Warszawskiej. O tamtych czasach, moja mama tak opowiadała:

„Dwa tygodnie przed świętami, moja mama i babcia Antosia, zamawiały pralnie i robiły olbrzymie pranie. Dostawałyśmy też nowe ubrania, płaszczyki, buty i sukienki. Mama zabierała mnie i moje siostry na rynek gdzie znajdowały się sklepiki z ubraniami. Mama z babcią robiły także porządki w szafach i kredensach, ale podłogę szorowano dopiero w sobotę. Na umytą, białą i drewnianą podłogę, mama kładła czysty papier, byśmy jej nie zadeptali. U pana Lisowskiego, który był rzeźnikiem, a którego sklep mieścił się na rogu ulic Zarzewskiej i Warszawskiej, zamawiała dużą ilość białej kiełbasy i olbrzymią szynę z kością, która czasem ważyła i 10 kilo. Były to wyroby produkowane tradycyjnymi metodami, zresztą innych wówczas jeszcze nie było. Mama nie gotowała w domu ani kiełbasy, ani szynki tylko zlecała to panu Lisowskiemu. W tamtych czasach wiele sąsiadek tak robiło. Pani Lisowska układała to wszystko na półmiskach, które trzeba było przynieść z domu, a do garnka każdemu wlewała trochę wody pozostałej po ich gotowaniu. Barszcz na tej wodzie był pyszny. Prócz tego gotowało się i malowało dużo jaj. Mama musiała jeszcze dla taty ugotować koniecznie kapustę z grochem i zrobić dużą ilość śledzi w zalewie octowej. Robiła też czasem galaretkę z zimnych nóżek. Chleb zawsze zamawiało się w piekarni u Płoszaja, na Przybyszewskiego, bo tam był zdaniem mamy, najlepszy. Moja mama na Wielkanoc piekła tylko jedno ciasto, drożdżowe, na które zużywała 4 kilo mąki. Ciasto wyrabiało się w domu, a potem nosiło do pieczenia do pobliskiej cukierni, gdzie jeszcze jakiś czas rosło, poczym właściciel wkładał je do węglowego pieca. Ta cukiernia mieściła się na rogu ulic Radomskiej i Zarzewskiej. Potem przynosiło się taką olbrzymią blachę upieczonego ciasta, do domu. Jako dziecko, nie przepadałam za drożdżowym ciastem, za to moje siostry je uwielbiały. Lodzia jadła je z masłem i chałwą, a Stasia kładła na nie plastry szynki.

W naszej kamienicy, święcenie odbywało się na każdym piętrze u któregoś z lokatorów. Na naszym piętrze, co roku, stół szykowała pani Wojtacka, której mieszkanie było największe. Po środku pokoju ustawiano stół i nakrywano go białym obrusem. Czasem dekorowano go zielonymi borówkami, ustawiano też naczynie z wodą święconą, kropidło i biblię. Sąsiadki zanosiły tam całe półmiski świątecznych potraw, głównie jaj i szynek. Niekiedy na półmisek kładziono też cukrowego baranka, ale było to rzadkością. Po święceniu, tata dawał nam „zajączka” na którego przecież tak czekałyśmy. Dawanie prezentów nie było powszechne i chyba nieznane. Te czekoladowe zające były bardzo duże. Tata kupował je zawsze u znanego w całej Łodzi cukiernika, pana Karola Gostomskiego. Za czasów mojego dzieciństwa cukiernia mieściła się przy ulicy Napiórkowskiego 23 (obecnie Przybyszewskiego).

Przed najważniejszymi świętami, wystawę w cukierni dekorowano ogromnymi, rzeźbami z czekolady. Ile razy biegliśmy i podziwialiśmy te nieomal dzieła sztuki. Było co pojeść. Nigdy już potem, po wojnie, takiej czekolady nie jadłam. Na drugi dzień, przed śniadaniem wszyscy składaliśmy sobie życzenia i dzieliliśmy się jajkiem. Goście przychodzili dopiero na obiad. Często gościł w naszym domu wuj Antek, brat mamy, z rodziną, a także wuj Władek z Woli Zaradzyńskiej, rzadziej wuj Janek czy z odległego Zelowa wuj Franek. Wówczas w domu robiło się tłoczno. Było sztuką na małej przestrzeni rozlokować czasem i piętnaście osób, w tym gromadę niesfornych dzieci. Ale przynajmniej było wesoło, no i rodzina trzymała się razem. Bywało tak, że my też jeździliśmy do nich. Na śmigus dyngus, tata kupował każdemu po flaszeczce wody toaletowej. Chodziło się po sąsiadach i wszystkich kropiło. Nie pamiętam jednak byśmy lali wiadrami pełnymi wody. Kiedy święta były pogodne i ciepłe, na podwórko wychodzili też i nasi rodzice. Panowie zawsze przynosili jakąś butelkę wódki i przy kieliszku dyskutowali, a panie przysiadały na stołkach i rozmawiały. Nas było wszędzie pełno i korzystając z pogody biegaliśmy po pobliskich łąkach. Kiedy mieliśmy gości, to po obiedzie obowiązkowo rodzice i wujostwo zabierali nas na długie spacery. Zdecydowanie nie byliśmy z tego zadowoleni, ale nie mieliśmy zazwyczaj nic do powiedzenia. Takie to były moje przedwojenne święta.”

Po południu, kiedy wszystko było już poświęcone, w tradycji łódzkiej było odwiedzanie nawet kilku kościołów by zobaczyć i móc podziwiać aranżacje Grobów Pańskich. Wędrówki po kościołach miały też w tych czasach inny wymiar, bowiem nietrudno było o spotkanie kogoś z rodziny czy znajomego, odbycia krótkiej rozmowy i złożenia sobie świątecznych życzeń. Tradycja ta w wielu rodzinach nadal jest praktykowana. Przypomniała mi o niej siostra mojego taty, ciocia Krysia:

„Kiedy już wszystko było gotowe i przyszykowane, kiedy ksiądz poświecił pokarm, moja mama ubierała mnie i twojego tatę w odświętne ubrania i wszyscy szliśmy najpierw do kościoła św. Wojciecha, a potem do Katedry. Kiedy pogoda była ładna chodziliśmy też i do innych parafii. Czasem dołączały do nas ciocie – Lodzia i Bronia. Do domu wracaliśmy jak już się robiło ciemno. W trakcie tej wędrówki spotykaliśmy braci mojej mamy też z rodzinami. Kolejne dni były gwarne i wesołe. W domu zawsze było pełno ciotek, wujków i ich dzieci. Przyjeżdżali nawet z Pabianic skąd pochodziła nasza babcia Antosia. Prawie cała jej rodzina tam przecież mieszkała. My też jeździliśmy do nich. W „lany poniedziałek” dostawaliśmy flakony z wodą i każdego skrapialiśmy obficie, ale wodą się nie laliśmy, tata nie pozwalał. Koniecznie musieliśmy odwiedzić wszystkie starsze osoby, które z racji wieku rzadko wychodziły z domu. Na to rodzice zwracali dużą uwagę. Tak było.”

Nie przypominam sobie, bym jako dziecko, chodziła z rodzicami odwiedzać groby w łódzkich kościołach. W Wielką Sobotę razem z mamą i babcią Józią, szykowałam koszyczek, w którym musiały znaleźć się wszystkie tradycyjne pokarmy wielkanocne. Potem mama brała mnie za rękę i szłyśmy do Katedry. Przed głównym ołtarzem znajdował się grób Pana Jezusa. Miejsce to było zawsze chętnie odwiedzane zarówno przez dorosłych jak i dzieci. Tłum gęstniał coraz bardziej, a pogrążeni w modlitwie dorośli czasami lekko popychali do przodu swoje pociechy, by te mogły cokolwiek zobaczyć. Wśród tych dzieci byłam i ja. Kiedy wszystko zostało już przeze mnie dokładnie obejrzane, kiedy z moich ust wydobyły się ostatnie słowa zachwytu, wychodziłyśmy z kościoła i jeśli pogoda dopisywała, szłyśmy z mamą na spacer do pobliskiego parku, wówczas noszącego jeszcze nazwę Parku Worcella, przy ulicy Wólczańskiej.

W przedszkolu przy ulicy Czerwonej, do którego chodziłam, siostry Urszulanki, które to przedszkole prowadziły, co roku organizowały spotkania świąteczne. Była to bardzo uroczysta chwila nie tylko dla nas dzieci, ale i dla towarzyszących nam rodziców. W jednej z sal, na ustawionych w podkowę i udekorowanych odświętnie stołach, siostry stawiały wcześniej przygotowane koszyczki wielkanocne. Ich zawartość stanowiły malowane, kolorowe jajka, cukrowe baranki, żółte kurczaczki i kawałek jakiegoś ciasta lub polukrowanego piernika. Tego dnia, wszystkie przedszkolaki musiały być ubrane w stroje galowe. Były to granatowe, jednakowe mundurki. W parach, oczekiwaliśmy na pozwolenie wejścia na salę, a gdy siostra przełożona dała znak, wchodziliśmy i zajmowaliśmy miejsca wokół stołu. Po nas do sali wchodzili rodzice i ustawiali się tuż za naszymi plecami. Teraz wszyscy już tylko wypatrywaliśmy księdza, który na wstępie witał wszystkich i po krótkiej, wspólnie odmówionej modlitwie, święcił koszyczki.

Wielkanoc 1962r – w przedszkolu sióstr Urszulanek

W niedzielę, w pierwszy dzień świąt, wczesnym rankiem radosne bicie dzwonów i huk wystrzałów, budził mieszkańców Łodzi i zapraszał na rezurekcję, uroczystą mszę, która rozpoczynała Wielkanoc. Strzelano zazwyczaj z dwururek czy puszek wypełnionych karbidem. Po tym jak napluło się do pojemnika, zaczynał wydobywać się gaz, a po przytknięciu zapałki, denko odskakiwało z hukiem. Czasami takie zabawy miały swój tragiczny finał. Ponieważ mieszkałam parę kroków od kościoła, dobrze pamiętam te świąteczne, wczesne poranki. Tego dnia, życie kamienicy rozpoczynało się wraz z pierwszym uderzeniem dzwonu. Do wieczora, od czasu do czasu słychać było jeszcze wystrzały. Dziś zwyczaj ten odszedł prawie w zapomnienie.

Najważniejszym posiłkiem tego dnia było świąteczne śniadanie, do którego tak pieczołowicie przygotowywała się każda łódzka gospodyni.

Na początku XX wieku, a i w późniejszym okresie, tradycją było picie alkoholu na szczęście, po czym rodzina siadała do stołu. Jeden z robotników tak wspomina rodzinne śniadanie:

„Siadali wszyscy do stołu, tata zaczynał, wstał, przeżegnał się i my wszyscy, tak mówił:

-Czegośmy pożądali, tegośmy doczekali-Alleluja, Alleluja.

I dzielił się z mamą jajkiem, a potem z dziećmi.”

W niedzielne popołudnie można było spodziewać się wizyty sąsiadów lub kogoś z rodziny, którzy przychodzili by podzielić się jajkiem i złożyć życzenia. Sąsiedzkie wizyty zacieśnione były także podczas lanego poniedziałku. Bez względu na pogodę czy sytuację wszyscy oblewali się wodą i to sowicie. Bywało, że sąsiedzi z górnych pięter kamienic polewali wiadrami pełnymi wody tych, którzy mieszkali niżej. Nikt do nikogo nie miał oto pretensji, wręcz przeciwnie, w taki sposób więzy sąsiedzkie zacieśniały się jeszcze bardziej. Święta był to czas bycia nie tylko z rodziną, ale i z ludźmi z najbliższego otoczenia.

Łódź, jak żadne inne miasto w Polsce, było od początku zróżnicowane pod względem etnicznym, dlatego trudno jest mówić o jednolitej specyfice tradycji wielkanocnej. Do miasta przybywali ludzie z różnych regionów, a także Rosjanie, Żydzi i Niemcy. Na początku XX wieku, łódzka gospodyni niedawno osiadła w mieście, przygotowując święta, nie miała łatwo, gdyż pozbawiona wsparcia matki i babki, musiała produkty kupić, a nie korzystać z dóbr hodowanych i uprawianych na własnej ziemi. W czasach zarówno przedwojennych jak i powojennych, gorzałeczka pita w każdym odwiedzanym domu, nie była wcale grzechem, choć niejeden łodzianin szczególnie na początku XX wieku kończył Wielkanoc pod stołem.

Tagi:

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony