Historia użytkownika: Mój pradziadek Witold Rychter

Komentarze2

Dzisiaj na Blogu przedstawiam Wam historię, którą opisała Pani Anna Rychter, która stanowi dla niej jedną z największych niespodzianek od losu. Nie tylko dowiedziała się jakim człowiekiem był jej pradziadek, ale także poznała krewnych, o istnieniu, których nie miałam pojęcia. Jak wspomina Pani Anna bez MyHeritage nie byłoby to możliwe i przesyła podziękowania.

Pani Anna ma 38 lat, pochodzi z Opola. Przez wiele lat była urzędnikiem w jednostce samorządu terytorialnego, dziś zajmuje się wykonywaniem opinii z zakresu badania pisma ręcznego. Jest także biegłym sądowym w powyższym zakresie. Poza pracą i badaniami genealogicznymi uwielbia spędzać czas w ogrodzie, bądź realizować się artystycznie, tj. tworzę biżuterię, zaś jej mama maluje tkaniny, porcelanę – zazwyczaj wzorem opolskim, także wykonuje witraże.

Witold Rychter – aktor, reżyser, twórca, piosenkarz, autor tekstów, mający zaszczyt grać z Ordonką, także mój pradziadek. Przedstawiam Wam cząstkę jego życia, z okresu powojennego, która związana była z Marią Derlicką. Jednocześnie jest to jedyna część jego życia, którą dane było mi poznać, a udział w tym ma także MyHeritage.

Witold Rychter, Poznań 1937 fot. Anna Rychter

Witold ostatnie 10 lat życia spędził z Marią, którą poznał tuż po wojnie. Była osobą wyjątkowo muzykalną, ceniącą sobie wszelkie sztuki. Prowadzili otwarty dom, pełen muzyki i artystów. On, jako doświadczony już aktor, z ponad 20 letnim stażem, spełniał jej aspiracje i marzenia artystyczne, ona towarzyszyła mu na każdym kroku tej kariery. On grał i pisał piosenki, ona odprowadzała go na próby i przedstawienia do teatru, żyli dla sztuki i dla siebie, uzupełniając się wzajemnie. Oboje posiadali dzieci z poprzednich związków, Witold syna Tadeusza, Maria córkę Danutę.

Jednak nim się poznali, oboje doświadczyli okrucieństw II wojny światowej. Witoldowi wojna odebrała pierwszą żonę Helenę, która zginęła w Oświęcimiu, Maria zaś była przez wiele lat więźniarką obozu w Ravensbruk.

W czasie gdy Maria przebywała w obozie koncentracyjnym, mała Danuta mieszkała wraz z babcią na Pradze. Kiedy nastał koniec wojny losy Marii nie były znane. Ich mieszkanie było doszczętnie zrujnowane, wszędzie był gruz, który babcia wraz z dziewczynką wynosiły same, brak było niektórych ścian, balkonu. Uratowała się kuchnia, ubikacja, łazienka i jeden pokój od podwórka, nie było drzwi więc powiesiły dywan, a zima owego roku była ciężka. Babcia z wnuczką nie posiadały środków do życia, nie wiedziały co przyniesie kolejny dzień. Były same, zdane tylko na siebie.

Ich życie zaczęło się niespodziewanie odmieniać, a było to za sprawą ,,jasnowidza” Mirosława. Pewnego dnia babcia wracając z ulicy Targowej powiedziała Danusi: ,,wiesz, spotkałam takiego pana, on szuka pomieszczenia, chce przyjmować ludzi spragnionych wiedzy gdzie kto przebywa, ma szklaną kulę i przepowiada”. I tak jasnowidz Mirosław rozpoczął praktykę w ich mieszkaniu. Doszedł z czasem do wprawy wróżebnej tak ,,wysokiej”, iż nawet mówił kobietom czy są w stanie błogosławionym czy też nie. Przedstawiał się także jako poeta, na dowód czego pokazywał tomik wierszy ręcznie nakreślonych.

Łaskawy los pozwolił Marii przeżyć obóz koncentracyjny. Powróciła do domu, i została asystentką ,,jasnowidza”, a Danusia wraz z babcią rozwieszały dla niego plakaty wzdłuż ulicy Targowej, wskazujące miejsce przyjęć.

Ulicą Targową chadzał także i Witold, bezrobotny aktor, wypędzony z Wilna, biedny jak mysz kościelna. Gdy zobaczył afisze z twarzą jasnowidza Mirosława zaniemówił, bowiem znał go z Wilna i doskonale wiedział, że żaden z niego jasnowidz. Udał się pod wskazany na afiszach adres, drzwi otwarła mu asystentka jasnowidza – Maria. Mirosław za swe kłamstwa wyrzutów sumienia nie miał, twierdząc, że przecież musiał sobie jakoś radzić. W taki sposób wydała się sprawa zarówno z darem jasnowidzenia Mirosława jak i z wierszami, których autorem był oczywiście Witold.

Witolda i Marię połączył ,,jasnowidz” Mirosław, co się na Pradze rozlepiał. Wiedli wspólne życie. Danusia pojechała do szkoły z internatem, Witold realizował się jako artysta. Poza pracą Witold zawsze pamiętał o wszelkich okazjach – urodzinach, świętach, a będąc osobą uzdolnioną plastycznie ponad przeciętny poziom, sam wykonywał w podarunku dla bliskich ozdobne karty okolicznościowe czy też parodystyczne dyplomy, zaopatrzone zazwyczaj także w nakreślone przezeń wiersze, których klecenie przychodziło mu bez trudu. Nie tylko w tych okolicznościach jego talenty plastyczne były przydatne. W czasie okupacji hitlerowskiej pracował jako fałszerz dokumentów i dowodów osobistych.

Witold prowadził intensywny tryb życia, przypisywany zazwyczaj artystom, co przyczyniło się do zaawansowanej choroby wieńcowej, na co w owym czasie medycyna niewiele mogła poradzić. Jesienią 1956 r. nie najlepiej się czuł, bez ustanku łykał krople nasercowe z nitrogliceryny. Danuta była w pracy w radio, jednak nieustannie dzwoniła do domu, sprawdzając stan zdrowia Witolda. Prywatny lekarz był tego dnia w ich domu 3 razy, także wieczorem. Niestety o 23 : 00  Witold zmarł we własnym łóżku, w domu na Willeńskiej. Zabiła go angina pectoris, jak powiedziała Danuta ,,dla mężczyzn wtedy bardzo modna”.
W kondukcie pogrzebowym na cmentarz bródnowski nieśli go do grobu koledzy z teatru, w tym żyjący do dziś, Mieczysław Gajda – Smerf Ważniak.

fot. Anna Rychter
fot. Anna Rychter

Jest to zapewne bardzo niewielka cząstka jego życia, jednak tylko tą znam. Napawa mnie ona jednak zadowoleniem, bo wiem, że Witold był człowiekiem spełnionym.

Myśląc o Jego życiu zastanawiam się nad ,,powtarzalnością losu” – Witold poznał Marię przez ,,jasnowidza” Mirosława, był człowiekiem o wielkich talentach plastycznych, dzięki którym pracował także jako podrabiacz dokumentów, …a powtarzalność losu jest taka, że od wielu lat, ja wraz z mamą stawiamy tarota, posiadamy pracownię rzemiosła artystycznego, gdzie mama maluje porcelanę, tkaniny, ja zaś wytwarzam biżuterię, ponadto jestem biegłym sądowym z zakresu badania pisma ręcznego…. Zastanawiam się więc także nad tym, ile z Niego pozostało w Nas…

fot. Anna Rychter

Jeszcze w Boże Narodzenie 2013 r. Witold był dla mnie tylko kolejną ,,ikonką wyświetlaną w e – encyklopedii teatru polskiego”, znałam datę jego urodzin, śmierci oraz sztuki  w których grał. Posiadałam także kilka zdjęć. Czułam się jakbym ,,pukała do drzwi kamienia”. Dziś w styczniu 2014 r. jest odmiennie, przekroczyłam granicę Szymborskiej, tą pomiędzy poznać a zaznać, choć weszłam tylko do jednej sali. A było to możliwe dzięki MyHeritage. A jak do tego doszło…. było tak:

O moim pradziadku Witoldzie Rychterze wiedziałam niewiele, jedynie, że był aktorem i reżyserem. Informacje o nim, zaczerpnięte z internetu były suche i beznamiętne, dotyczyły  przebiegu kariery artystycznej i miejsca pochówku, a jego twarz zerkająca na mnie z kilku posiadanych zdjęć ciągle była obca. Świadomość upływu czasu jaki minął od jego śmierci, co miało miejsce w 1956 r.,  spowodowała, iż nie posiadałam już w sobie nadziei, iż dowiem się jakim był człowiekiem. Bezustannie myślałam, że Locard miał rację mówiąc, iż ,,czas który upływa, to prawda która znika przed nami”. W takim właśnie, nieco podłym nastroju siedziałam tuż po Świętach Bożego Narodzenia 2013 r. przed komputerem, wpatrując się tempo w drzewo genealogiczne mojej rodziny, zamieszczone na stronie MyHeritage.

Gapiąc się tak bezmyślnie na ekran laptopa zauważyłam, że niejaki Krzysztof Żelechowski oglądał moje drzewo genealogiczne, wiadomość ta jednak, tudzież z racji mojego  nastroju, nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Dla zasady jedynie i bardzo niedbale, zerknęłam na stronę jego drzewa, a uznając, że Derliccy nie mają ze mną nic wspólnego, wyłączyłam komputer. Kolejnego dnia, nie wiedząc dlaczego, wpadłam na pomysł, że skontaktuję się z administracją cmentarza bródnowskiego, gdzie spoczywa Witold. Jakież było moje zdziwienie kiedy dowiedziałam się, iż mój Witold dzieli wieczny spoczynek z Derlickimi. Kontakt z Krzysztofem był już tylko kwestią godzin, zaś spotkanie z nim i jego mamą Danutą – kwestią dni, 4 stycznia 2014 r. byłam już w Warszawie, siedziałam w mieszkaniu Danuty Żelechowskiej i Jana Zagozdy, słuchałam jej opowieści – opowieści o Witoldzie, moim pradziadku, a jej ojczymie.

Danuta z Janem oraz towarzyszący im Krzysztof, przyjęli mnie bardzo serdecznie. Obdarowana zostałam nie tylko opowieścią, której część Wam przedstawiłam. Danuta podarowała mi także niemal wszystkie pamiątki po Witoldzie, zaś Jan udostępnił mi piosenki Witolda, pisane i śpiewane wraz z Marią.

Niezbędnym na zakończenie tej opowieści jest zaznaczenie kim są Danuta Żelechowska i Jan Zagozda – dawno temu stali się duetem zarówno w pracy jak i w życiu prywatnym. Nazywa się ich ,,kustoszami pamięci polskiego radia”, gdyż od ponad pół wieku popularyzują historię polskiej radiofonii, przypominają wielkie przedwojenne gwiazdy estrady i ich przeboje, dzięki nim ,,choć przemijają lata – pozostają piosenki”.

Miejsce pochówku Witolda Rychtera fot. Anna Rychter

Pani Annie bardzo dziękujemy za podzielenie się tą niesamowitą historią!

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony

  • Andrzej Maniak


    Luty 19, 2014

    Piękna historia ,kawałek historii teatru. Mam pytanie czy w Czechach na ziemi Frydlandskiej w małym górskim miasteczku Raspenava na terenie klasztoru stoi grobowiec i kapliczka Richterów. Może rodzina ? a jak nie to warto zwiedzić.Od przejścia granicznego w Świeradowie chyba z 30 km. Pozdrawiam.

  • dagmara


    Listopad 28, 2014

    witam PANI ANIU CZY WITOLD RYCHTER JEST NASZYM WSPULNYM PRZODKIEM MA BABCIA JEST Z RODZINY RYCHTER HELENA RYCHTER MIALA SIOSTRE ROZALIE POZDRAWIAM