Rodzina i historia: Zbiegi okoliczności

Komentarze1

Niektóre z moich ulubionych scen w filmie „Kiedy Harry poznał Sally” to wywiady z parami wyświetlane w czasie trwania obrazu. Podczas ich rozmów dowiadujemy się od tych dwojga, różnych ludzi, w jaki sposób się dopełniają, i w jaki sposób w przeciągu swojego życia mijali się, bywali w tych samych miejscach, gdzie wcześniej z łatwością mogli się spotkać.

Fot. YouTube/ Kiedy Harry poznał Sally
Fot. YouTube/ Kiedy Harry poznał Sally

Czy Ty lub Twoi przodkowie mieliście jakąś historię ze zbiegiem okoliczności?

Pewna para z Zhejiand, w Chinach była o krok od pobrania się, kiedy odkryła, że ich ścieżki już kiedyś się skrzyżowały. Przyszła małżonka, Lu Yiqin przeglądała zdjęcia ze swoim przyszłym małżonkiem, Zhang Hedongiem podczas przygotowań do ślubu. Na jednej z fotografii dojrzała swoją mamę na tym samym zdjęciu, na którym znajdował się jej narzeczony – było to wówczas 14,16 lat wcześniej!

Zhang Hedong ze swoją przyszłą teściową na zdjęciu (fot. trueviralnews.com)
Zhang Hedong ze swoją przyszłą teściową na zdjęciu (fot. trueviralnews.com)

Ta historia pozwala z przymrużeniem oka przemyśleć, dlaczego warto zachowywać stare zdjęcia. Nigdy nie wiesz, co możesz dzięki nim odkryć.

Czy w Twojej rodzinie czy wśród znajomych, przyjaciół zdarzały się podobne historie? Daj nam znać w komentarzach poniżej.

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony

  • Stanisław


    Styczeń 19, 2018

    Moja tożsamość kresowa!

    Urodziłem się w Złoczowie w mieście położonym w magicznej krainie przedwojennej Polski, która raptem stała się ZSRR. Tym stygmatem naznaczone były bowiem wszystkie moje dokumenty. Odtworzona metryka urodzenia, świadectwa szkolne, akt ślubu cywilnego, personalne wpisy w moim najwcześniejszym zakładzie pracy jakim był szpital psychiatryczny i inne identyfikujące mnie dane. Wykaligrafowany ręką gminnego urzędnika czarnym tuszem ZSRR – pierwszy rzucał się w oczy w moim dowodzie osobistym. U niektórych wzbudzał odruch sympatii, a u innych zapalał światełko ostrzegawcze nieufności. Tak było przez całe lata, aż do chwili kiedy wymieniłem dokument tożsamości w wolnej już Polsce … ZSRR zniknął ! Nie było go … i wszyscy dookoła w urzędach udawali , że go moim życiu w ogóle nie było. Ja jednak miałem głęboko w sobie zakodowane , jako miejsce mojego przyjścia na świat – Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich . Nazwę powszechnie w moim środowisku znienawidzoną. Planetę zła ,” Imperium szatana”. Kraju Rad , który w wyniku zmowy jałtańskiej – zaciążył na mojej biografii , biurokratycznym tatuażem paskudząc wszystko owym ZSRR .
    Wzorując się na słoniach które ponoć przed padnięciem wyruszają w wędrówkę do miejsca swojego urodzenia, żeby tam pozostawić swoje kły – też poczułem instynktowny pęd do wędrówki – w górę rzeki , ku źródłom skąd się wziął mój początek tam hen , gdzie Seret zaczyna swój bieg , wypływając u podnóża Woroniaków. Z pasją, raz, dwa razy do roku zacząłem jeździć na Ukrainę. Zależało mi przede wszystkim na odnalezieniu śladów po tych, którzy wcześniej tam mieszkali , a których już dawno nie ma. Zadania nie miałem łatwego bo pozbawiony byłem wskazówek od najbliższych , ale

    im człowiek jest starszy, tym chętniej zagłębia się w przeszłość. Projektorem pamięci wyświetla sceny ze swego życia , przywołuje do istnienia wizerunki osób najbliższych. Klatki wspomnień są już wprawdzie wyblakłe, niekiedy trzeba je mozolnie sklejać, nawet fabułę zmieniać jeśli odnajdzie się coś, co pozwala, a nawet zmusza do nowego spojrzenia na to, co nam się wydawało znane dotąd z osobistego doświadczenia.

    Moje dzieciństwo, od samego początku było naznaczone przyciszonymi rozmowami rodziców, odwiedzinami nieznanych nam osób, które albo były dalszymi krewnymi, powinowatymi albo uczennicami mamy, i w drodze na Ziemie Odzyskane, jak wtedy się mówiło, pojawiały się w naszym mieszkaniu w Wadowicach. Miałem ja i moje siostry jak najmniej wiedzieć. Nie pytać, nie dociekać.

    Potem ojciec umarł. Osamotniona matka – z trójką małych dzieci, rzucona przez zawieruchę wojenną w zupełnie obce środowisko wymazała z pamięci wszystko to co już było, to co się w socjalistycznej rzeczywistości już nie liczyło, było, minęło ,nie wróci. Liczyła się tylko walka o każdy dzień następny, o teraźniejszość. Jak przetrwać, nakarmić, ubrać, potem jak nas wykształcić. Zabroniono mamie, absolwentce Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie pracować w szkole, zmuszono ją do mycia podłóg w szpitalu, dając jej posadę portiera. Uprawnienia emerytalne uzyskała mama jak miała 75 lat, wcześniejsza jej praca w II R.P. się nie liczyła.

    Mimo, że Pan Bóg wynagrodził jej heroiczne wysiłki siedmiorgiem wnucząt nasza, świętej pamięci mama cały czas żyła teraźniejszością i przyszłością, a to co było – zostało jak palimpsest wymazane z jej pamięci. Więcej mogłem się dowiedzieć o historii rodziny „po mieczu” od kuzynów ze strony ojca. Kądziel zaś jawiła się osamotniona, porzucona przez wszystkich.
    Jednak czepiając się – rzuconego kiedyś okruchu wspomnienia mamy, iż panna Szczęsnowiczówna miała kuzynów, poetów Strzetelskich, dotarłem do wytrawnego historyka swojej rodziny doktora Piotra Strzetelskiego z Krakowa.

    W tym momencie otworzyła się jak książka moja genealogia kresowa!

    Początkowo Piotrowi, który miał wszystko bardzo starannie wywiedzione w postaci rozbudowanego drzewa do ósmego, a nawet dziewiątego pokolenia wstecz, trudno było zgłoszoną przeze mnie parantelę zaakceptować.

    Z tymi bowiem poetami był kłopot. Literaturą bowiem, w tej zacnej rodzinie, której przedstawiciele parali się w większości zajęciami związanymi z przyrodą , zajmowała się dotąd tylko jedna z ciotecznych praprababek Piotra, siostra jego prapradziadka Artura Strzetelskiego, „sawantka z Topolnicy” – Olimpia Zofia Grynberg, której grób znajduje się na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.
    Ale – kiedy dopasowaliśmy do tej romantycznej wizji naszej mamy poetyzującego w młodości Stanisława Strzetelskiego, starszego od niej o 8 lat, obiecującego już wtedy dziennikarza i jego brata Tadeusza wszystko zaczęło się jak w puzlach układać.
    Stanisław Strzetelski urodzony w Grzymałowce k/Brodów w 1895 roku zmarł w 1965 r w Nowym Jorku .W latach 1930-35 był posłem III kadencji Sejmu R.P. z ramienia Stronnictwa Narodowego . Wybitny dziennikarz , redaktor naczelny ,między innymi poczytnego przed wojną tygodnika” ABC „ czy „Wieczoru Warszawskiego” ,pierwszy szef „ Głosu Wolnej Polski „ w USA poprzedniczki „Wolnej Europy” , tam też pracował jego brat Tadeusz . Stanisław był zaliczany do filarów przedwojennej endecji . Przyjaciel Kazimierza Wierzyńskiego, Lechonia i innych poetów, sam był uzdolnionym publicystą, autorem licznych książek.

    Brakowało jednak najważniejszego ogniwa, cały czas bez imienia( )NN była ta ze Strzetelskich, która wyszła za mojego nieznanego z imienia dziadka Czajkowskiego. Byli oni rodzicami babci Ireny, która z kolei wyszła za mąż za Zygmunta Szczęsnowicza.

    Doktor Piotr już oswoił się z moim „kuzynostwem”, nawet przez grzeczność w drzewie zaznaczył gałązkę, jednak bardziej w tym wypadku kierował się intuicją niż faktami.

    Po kilku, czynionych bez powodzenia próbach spotkania się, a to na spływie Dniestrem, a to w Krakowie, osobiście zetknęliśmy się dopiero w Mariampolu na Ukrainie.

    Piotr miał wtedy nade mną przewagę spotkania w Stanisławowie z kuzynostwem tam zamieszkałym – i na powitanie podarował mi prababkę – Wincentynę Strzetelską , córkę brata jego praprapra dziadka Erazma Strzetelskiego – Ignacego juniora.

    Stanisław Wodyński i Piotr Strzetelski na Ukrainie

    I tak z enigmatycznego z korespondencji „kuzyna” stałem się solidnie umocowanym trzeciorzędowym, cioteczno-stryjecznym wujem Piotra, przyspawanym genealogicznie do 1761 roku, w którym to urodził się nasz wspólny protoplasta Ignacy Franciszek Strzetelski, starosta trembowelski.

    Ta nasza, wspólna już teraz, sięgająca w daleką przeszłość ekspedycja na Ukrainę obfitowała w bardzo
    wzruszające momenty.

    Ukraina, Mariampol : Stanislaw Wodyński, Piotr Strzetelski, Bogdan Marytczak rysujemy drzewo genealogiczne

    Mieszkając u zaprzyjaźnionego ze mną od z górą 10 lat Gieńka Beregina w Mariampolu byliśmy bowiem bardzo niedaleko od „matecznika„ Strzetelskich – Uścia Zielonego, ongiś nawet siedziby starostwa, ważnego dla tamtych terenów położonych na Dniestrem centrum administracyjnego, w którym to kanoniczne rządy w tamtejszej parafii w latach osiemdziesiątych XIX wieku pełnił ksiądz Rafał Strzetelski, jeden z sześciu braci Ignacego Juniora.

    Przy kościele pod wezwaniem św. Trójcy znajduje się rozległy dworek, w którym mieściła się plebania. W nim to mogła się urodzić w 1904 roku moja mama!

    Postać księdza Rafała Strzetelskiego miała wielkie znaczenie dla rodziny. Tamtejszy cmentarz pokrywają nagrobki z inskrypcjami proszącymi o modlitwę za Strzetelskich lub Strzetelskie de domo.

    Zupełnie zachowane w dobrym stanie, jak na warunki panujące na Ukrainie. Czakramy familijne przyciągające magnetyczną siłą nawet po upływie ponad stu pięćdziesięciu lat!. Odkrywane przez nas dosłownie spod warstw zmurszałego drzewa, poprzerastanego mchu, ukryte w gąszczu rosnących burzanów.

    Dziwne a zarazem jakże swojskie miejsce. W sztafecie przekazującej geny byliśmy żywymi ich nośnikami, ja dobiegający już do mety, Piotr w kwiecie i sile wieku.
    Wtedy zaczęła mi dźwięczeć w uszach przejmująca fraza znanej polskiej pieśni: …”ta ziemia do Polski należy, choć Polska daleko jest stąd…”.
    Nazajutrz dołączył do nas przybyły ze Stanisławowa Bogdan Marytchak, który jest tak jak i ja dla Piotra jego trzeciorzędowym wujem, a
    moim kuzynem.

    Mieliśmy bowiem wspólnego prapradziadka Ignacego juniora, a nasze prababki były siostrami! Franciszka Ksawera Strzetelska, prababka Bogdana, wyszła za mąż za kierownika szkoły w której również nauczała, Rusina o nazwisku Deputat.

    Z tego związku przyszła na świat babka Bogdana – Stanisława, która wyszła za mąż za profesora gimnazjalnego
    c.k. Mikołaja Bażałuka.

    Państwo profesorostwo miało troje dzieci, jednym z nich była mama Bogdana – Joanna Helena. Jak i inne kobiety w rodzinie, a raczej już można mówić w rodzie, była nauczycielką. Zaszczepiła jednak Bogdanowi znajomość mowy i tradycji przodków, bo jak sam ze wzruszeniem mówił „…w moim rodzinnym domu czwartek był dniem polskim, w którym wszyscy domownicy mówili wyłącznie po polsku…”. Zmarła w 1988 roku mama Bogdana pozostawiła mu również zarys drzewa genealogicznego, wywodzącego pochodzenie od małżeństwa Ignacego juniora Strzetelskiego h. Niezgoda z Apolonią Borzemską h. Jelita.

    Spotkaniem ze mną Bogdan szczególnie był podekscytowany, przecież według posiadanych przez jego mamę informacji zostaliśmy w 1944 roku w Ponikwi koło Brodów wszyscy zamordowani przez ukraińskich nacjonalistów. Cała zaś rodzina Marii, córki Ireny z Czajkowskich Szczęsnowiczowej, a wnuczki Wincentyny Strzetelskiej, była przez te wszystkie lata przez nich opłakiwana. Nie było nas wśród żywych, nasza gałąź drzewa genealogicznego dla nich uschła!
    Fama bowiem tragedii jaka dotknęła rodzinę siostry mojego ojca Wandy Wolaninowej, która wraz z mężem i córką została przez banderowców zamordowana w Pieniakach, została nam przypisana.

    Z otmętów rzezi wołyńskich wyłoniliśmy się Bogdanowi jednak żywi i dopiero teraz po upływie prawie siedemdziesięciu lat odnaleźliśmy się na nowo. Bogdan zmarł , niecały rok po naszym spotkaniu. Po powrocie z Ukrainy jeszcze kilka razy rozmawiałem z nim przez telefon. Miał potrzebę kontaktu, chciał nadrobić te wszystkie lata , kiedy nic o sobie nie wiedzieliśmy. Jego syn Denys , artystyczna dusza, otrzymał niedawno „ Kartę Polaka”. Tym samym Polska odzyskała prapraprawnuka Ignacego Strzetelskiego .
    Podążając w podróżach genealogicznych za moim przewodnikiem Piotrem, który w ciągu roku jaki upłynął od naszej , wspólnej wyprawy na Ukrainę opublikował wiele artykułów o „wschodnich korzeniach” swojej, n rodziny – stawałem się coraz bogatszy w protoplastów. Księgi parafialne z Uścia Zielonego miały bowiem dobrze zachowane zapisy o narodzinach, ślubach i pogrzebach nie tylko Strzetelskich, ale i Czajkowskich również .
    Pradziadek, mąż Wincentyny Strzetelskiej miał na imię Edward , jego rodzicami, a moimi prapradziadkami byli Jan i Felicja z Wyszyńskich Czajkowscy. Ślub wzięli w 1881 r. w Uściu Zielonym, a błogosławił ten związek ks. Rafał Strzetelski- stryj, jak pamiętamy panny młodej. Z trojga ich dzieci wieku dorosłego doczekała się tylko ich córka, moja babcia Irena, która wyszła za mąż za Zygmunta Stanisława Szczęsnowicza, syna Karola i Marii z Dziębłowskich . Świadkiem na ich ślubie był kuzyn Ireny – Rusin Michał Deputat .
    Moja wyobraźnia wciąż zaludnia tamte tereny postaciami nieżyjących już krewnych. Ich biografie stanowią gałązki moich kresowych korzeni, kształtują moją tożsamość – na zawsze z Kresami związaną .

    Stanisław Wodyński