Historia użytkownika: Jedno pragnienie – lawina wspomnień czyli powrót do korzeni

Komentarze0

Ta niezwykła historia odkrywcza została napisana przez Panią Małgorzatę Annę Gruszkę – dziękujemy Pani Ani za czas poświęcony na przygotowanie historii i za podzielenie się z nami swoimi odkryciami. 

Od kiedy pamiętam tata zabierał mnie i moje siostry na wyprawy do Puszczy Kampinoskiej. Zazwyczaj o wschodzie słońca, ponieważ wtedy można było zobaczyć i usłyszeć najwięcej, niczym niezakłóconych odgłosów natury.

Spotykaliśmy i przyglądaliśmy się z bezpiecznej odległości stadom dzików, rozglądającym się dookoła (jakby czującym naszą obecność) jeleniom. Gdzieniegdzie kicający pod lasem zajączek lub biegnące gromadnie młode sarenki i wiele innych zwierząt leśnych, małych i dużych. Oglądałyśmy słońce, odbijające się w porannych kroplach rosy – można było dostrzec w nich tęczę. Tata uczył nas słuchania. Zawsze mówił: jak będziesz cichutko to usłyszysz dzięcioła – o! słyszysz? dzięcioł leczy drzewa.  Słychać było również inne ptaki… uczył nas rozpoznawać ich śpiew.

Wejście do Puszczy było otoczone bagnami, zakładałyśmy kalosze a tata brał nas na „barana” (na swoje plecy), przenosił przez bagna abyśmy po drugiej stronie poczekały na pozostałych uczestników wyprawy.

Potem były opowieści z dzieciństwa taty, który miał 4 lata, gdy wybuchła II wojna światowa. Pokazywał nam miejsca gdzie w czasie wojny ukrywał się wraz ze swoim rodzeństwem, gdzie jeździła kolejka wąskotorowa transportująca drewno do tartaków, pokazywał nam gdzie są szlaki, którymi przemieszczali się ludzie, wykorzystując zaprzęgi konne… Każda wyprawa była pełna wspomnień. Opowiadał o pracy swojego ojca Jana i dziadka Jakuba przy wyrębie drzew.

Mój tata Władysław, miał 4 latka w chwili wybuchu II Wojny Światowej, chociaż nie są to najprzyjemniejsze wspomnienia, często do nich wraca, ponieważ pomimo bardzo trudnych czasów są również radosne chwile, na przykład kiedy miał 6 lat i zjawił się ktoś z rodziny, z aparatem żeby zrobić  pamiątkowe zdjęcie, na którym (po lewej) stoi mój tata na bosaka a po prawej jego brat Edward w butach, które pobiegł założyć do zdjęcia :). Był szczęściarzem, który otrzymał buty z darów, miały być przeznaczone na uroczystość I Komunii Świętej.

Niespełna 2 lata po zakończeniu wojny okolica została zalana przez powódź w 1947 roku i ludzie przypływający łodziami chronili się w pobliskim kościele w Leoncinie, który znajduje się na wzniesieniu terenu. Tylko tam można było przetrwać… lub na tak zwanych górach w Puszczy. Woda była tak wysoka, że widać było tylko dachy domów. Płynęła ogromna kra, która niszczyła wszystko, domy, mosty, drzewa. Nikt nie jadł, nawet dzieci musiały przetrwać 4 dni bez jedzenia. Jedyna krowa na wsi, którą udało się uratować miała za zadanie wyżywić tak długo jak się da, młodszego brata taty – Tadeusza i ich kuzynkę Marysię z sąsiedztwa gdyż to były wówczas najmłodsze dzieci, miały niespełna roczek i mleko było jedyną szansą na przeżycie. To były (i są) poruszające historie, które przenoszą nas w świat, którego nie znamy.

W każdej opowieści taty pojawiało się wspomnienie jego dziadka Jakuba, o którym wiedział tylko tyle, że przybył na Mazowsze. Nie wiedział jednak skąd. Zawsze nosił w sercu pragnienie, aby odkryć skąd ten jego dziadek znalazł się na tych terenach. Coś kołatało się w pamięci taty, że przybył z Brześcia. (który potem okazał się być Brześciem Kujawskim).

W pewien sposób mnie tym zaraził… Ja również zapragnęłam poznać historię przybycia moich przodków na Mazowsze.  Ponieważ w 2008 roku przypadała 45 rocznica ślubu naszych rodziców, była to doskonała okazja aby zacząć działać… postanowiłyśmy z siostrą zrobić dla nich w prezencie drzewo genealogiczne. Rozpoczęły się rozmowy ze starymi członkami bliższej i dalszej rodziny. Wyprawy w poszukiwaniu zdjęć. Ustalanie dat. Wędrówki po cmentarzach, kopanie głębiej. To była i wciąż jest wspaniała podróż do korzeni. Pierwszym krokiem była wizyta w Urzędzie gminy, gdzie udało mi się zdobyć akt zgonu pradziadka Jakuba.

Byłam zaskoczona, jak wiele informacji zawiera taki dokument. Znalazły się tam nie tylko informacje o tym, kiedy i gdzie nastąpił zgon, ale również, kto ten fakt zgłosił i co dla mnie było najważniejsze – bardzo dokładne informacje o tym, gdzie się urodził, czyim był synem, kto pozostał wdową, oraz kto sporządził ten dokument. To było niesamowite! I ruszyło lawinę moich „znalezisk” rodzinnych. W witrynie MyHeritage mogłam uporządkować wszystkich „odnalezionych” przodków, miejsca i daty. Spowodowało to kolejne działania, które doprowadziły mnie do Archiwum Państwowego we Włocławku, gdzie dzięki bardzo miłej współpracy udało mi się odnaleźć kolejne pokolenia. Odnalezione akty z czasu, gdy Polska była pod zaborami pisane były w języku rosyjskim, ale równie dokładnie – zawierały wszystkie ważne informacje o osobie, której dotyczyły. Kiedy udało mi się dotrzeć do informacji skąd pochodził dziadek mojego ojca – było to niezwykle przeżycie dla nas wszystkich…

Wybraliśmy się w podróż do źródeł. Byłam bardzo szczęśliwa, że udało mi się spełnić to wielkie pragnienie mojego taty. Odnaleźliśmy miejscowość i maleńki kościółek w Sadlnie (kiedyś był to powiat Nieszawski), gdzie otrzymał Chrzest Święty – dziadek taty – Jakub.

Nie był to jednorazowy wyjazd w tamte strony. Potem był kolejny, który doprowadził nas do ziemi przodków – pozostałość po gospodarstwie w którym Jakub się urodził i wychowywał.  Nie ma już tam zabudowań, pozostały jednak bzy otaczające niegdyś dom i budynki gospodarcze.  Jest to we wsi Boguszyce, gdzie obecnie, coraz większe powierzchnie ziemi pochłania kopalnia węgla brunatnego.

Boguszyce- za nami ziemia na której urodził się dziadek mojego taty(tata na zdjęciu)

Kiedy byłam dzieckiem o wielu rzeczach nie myślałam. Słuchałam, uczyłam się, chłonęłam te wszystkie opowieści. Jednak z upływem lat coraz częściej zastanawiałam się co jest, że tak jak mego ojca – mnie i moje siostry również ciągnie do lasu. Ta wielka radość z obcowania z naturą. Jakaś niewidzialne a jednocześnie bardzo silne połączenie z ziemią i niebem. Dziś już wiem 🙂

To dziedzictwo rodzinne, które przechodzi z pokolenia na pokolenie. Mój pradziadek Jakub i jego siostra Weronika przywędrowali na Mazowsze ze swoim ojcem Janem i być może matką (tu brakuje mi informacji). Obydwaj pracowali przy wyrębie lasu, potem drewno było spławiane Wisłą do tartaku. Podróżując w czasie dotarłam do informacji, ze moi przodkowie byli bardzo mocno związani z lasem. Mój dziadek, pradziadek i prapradziadek pracowali w lesie.  Jan Lewiński – ojciec Jakuba, był borowym. Nie potrafię dokładnie zdefiniować zajęć borowego, ale niewątpliwie była to praca w leśnictwie.(na ten rok mam zaplanowaną wizytę w archiwach gminy Wierzbinek, gdzie mam  nadzieję dowiedzieć się więcej).

Przedstawię linię męską ze strony mojego ojca od współczesności:

fot. Jan Lewiński(1905) z żoną Marianną. Na kolanach najmłodszy syn Tadeusz, obok starsze dzieci Władysław(1935) i Irena

Ja ur. 1968
Mój ojciec – Władysław ur. 1935
Jego ojciec – Jan ur. 1905
Ojciec Jana – Jakub ur. 1867
Ojciec Jakuba – Jan ur.1840
Ojciec Jana – Stanisław ur. 1815
Historia którą opowiada tata Władysław, mówi również o tym, że w każdym pokoleniu Lewińskich było trzech synów, aby w następnym (najczęściej na skutek śmierci) pozostał tylko jeden, jako przedłużenie rodu. To co ogarnia moja pamięć – Jan (mój dziadek) był tym jednym.

Sam miał trzech synów, jednak każdy z nich miał córki i tylko u jednego z braci jest syn – Piotr. Teraz to on wg tradycji powinien mieć 3 synów jako przedłużenie rodu… Jak będzie zobaczę ja albo następne pokolenia.

Inną dla mnie ważną informacją jest to że mężczyźni z tego rodu zawsze byli zaangażowani w życie społeczne i każdą swoją prace i zadania wykonywali rzetelnie i z najwyższą starannością za co byli wyróżnieni srebrnymi krzyżami.

Jaki ojciec taki syn 😉

Dziadek Jan pełnił funkcje sołtysa przez wiele lat, był ławnikiem i pełnił wiele ważnych ról społecznych. ( te informacje w trakcie zbierania). Pamiętam, że dom dziadka był jedynym w wiosce, w którym był telefon. Niby nie takie odległe czasy bo to lata 70-te XX wieku, a jednak moim dzieciom już zupełnie nie znane.

Tata Władysław, całe swoje życie zawodowe poświęcił pracy w Hucie Warszawa, za co również został wyróżniony i odznaczony. Moja fascynująca podróż do korzeni wciąż trwa. I mam nadzieje, że będzie ważną częścią -budującą tożsamość człowieka dla moich potomnych …

 

Dzisiaj już nasze drzewo rodzinne znacznie się rozrosło, wzbogacając zarówno „młode gałązki” jak i pogłębiając korzenie. Każdy w tej rodzinie o czymś marzy…
Moim marzeniem jest, aby nasze dzieci i wnuki uzupełniały nasze rodzinne drzewo o kolejne pokolenia i dbały o przekazanie historii (która tutaj jest tylko maleńkimi fragmentami wspomnień). Wierzę, że dzięki coraz bardziej rozbudowanym możliwościom MyHeritage i coraz większej dostępności do internetowych archiwów, uda mi się dotrzeć jeszcze głębiej w poszukiwaniu korzeni. A wiele ciekawych i wzruszających wspomnień umieszczę kiedyś w uporządkowanym albumie rodzinnym. Jeżeli czyta to ktoś, kto odnajduje tu również swoich przodków, bardzo proszę o kontakt.

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony