Historie użytkowników: W poszukiwaniu zaginionych przodków: Mój pradziadek Augustyn

Komentarze0

Ta historia została napisana przez Panią Martynę Kubiesę (30 lat). Pani Martyna ma dwóch synów (3 i 2 lata) i męża. W wolnych chwilach (których, jak sama mówi, przy tak małych dzieciach, nie ma za wiele), szydełkuje i czyta książki. Z uśmiechem twierdzi, że te zajęcia, wbrew stereotypom (włóczkowe czapki, czy rodzinne historie) nie są wyłącznie dla osób starszych.

Co wspólnego mają żołnierz walczący pod Monte Casino z hrabianką, której rodzina zginęła podczas Rabacji Galicyjskiej? Oboje należą do mojej rodziny – tak rozpoczyna się historia rodzinna napisana przez Panią Martynę.

Przygodę z genealogią rozpoczęłam kilkanaście lat temu. Początek standardowy, zebranie informacji o najbliższej rodzinie, która okazała się nie tak niewielka jak myślałam – dziadek miał aż 11 rodzeństwa! Kiedy uzbierało mi się około 150 osób, pomyślałam, że warto byłoby wiedzę jakoś usystematyzować i po kilkunastu pełnych rozczarowań próbach znalazłam internetową witrynę z programem Moi krewni, który sprawił się doskonale.

Na kilka lat porzuciłam projekt, żeby, będąc już starszą, powrócić z nowym zapałem. Dlaczego postanowiłam spróbować ponownie? Kluczowa okazała się czerwona książeczka, którą znalazłam w dokumentach po moim pradziadku Augustynie.

Na zdjęciu, pradziadek Pani Martyny, Augustyn

Książeczka miała swastykę i czarnego orła na okładce a w środku zostały pięknie wykaligrafowane informacje, które mogły zadecydować o życiu lub śmierci całej rodziny. Naziści przeszukali bowiem moich przodków trzy pokolenia wstecz [zaczynając od mojego pradziadka] pod kątem żydowskiego pochodzenia. Po pozytywnej weryfikacji mój pradziadek został wcielony do Wehrmachtu. Udało mu się zbiec, został poważnie postrzelony a następnie odnaleziony przez alianckich żołnierzy. Mogłoby się to dla niego skończyć tragicznie, gdyby nie… szkaplerz. Nie, cudownie nie zatrzymał lecącej kuli jak to bywa w tego typu opowieściach. Szkaplerz sprawił, że pradziadek został wzięty za kapłana i Alianci, zamiast zostawić wrogiego żołnierza na pewną śmierć, odratowali go. Gdy odzyskał siły wstąpił, już dobrowolnie, do armii generała Andersa i walczył pod Monte Casino.

Niewielka książeczka, która kryła w sobie ciekawą historię, zawierała sporo imion, nazwisk i dat.

Odnalezienie kilkudziesięciu nowych osób, które na dodatek żyły w XIX a nawet XVIII wieku, dodało mi przysłowiowych skrzydeł. Od tego momentu poszło już z górki. Rozmowy ze starszymi zaowocowały kolejnymi wartymi zapamiętania historiami. Często opowieści o jednej osobie różniły się znacznie między sobą. Tak było w przypadku mojej prapraprababki i jej syna. Z rozmów z moją babcią wynikało, że jej prababka była hrabianką. Podczas rabacji galicyjskiej miała mieć kilka lat a od rzezi uratowali ją służący, którzy podczas ataku na dworek schowali dziewczynkę w piwnicy.

Kilkanaście lat później urodził się mój prapradziadek Grzegorz. Wg babcinej wiedzy przegrał on w karty majątek i hrabiowski tytuł. W trakcie moich badań poznałam również dwie inne wersje. Zgodnie z jedną z nich hrabianka nie była wcale hrabianką a jedynie pokojówką na dworze u Potockich a mój prapradziad był nieślubnym dzieckiem. W trzeciej wersji natomiast, nie ma wzmianki o rodzicach, znalazły się tam jednak poparte dowodami informacje o Grzegorzu [na zdjęciu] – mój prapradziadek był łowczym na dworze u Potockich i w zamian za swoje usługi otrzymał własny dworek i kilka podległych mu wsi.

Na zdjęciu: W samym środku pradziadek Pani Martyny wraz z żoną, Pani Maryna znajduje się po prawej stronie zdjęcia, na dole, na samym skraju

W międzyczasie okazało się, że program, którego dawniej używałam, zmienił właściciela i powstała nowa witryna o nazwie MyHeritage. Na szczęście stare konta nie zostały usunięte i mogę się cieszyć nielimitowanym miejscem na serwerze. Na chwilę obecną w moim drzewie genealogicznym zapisanych jest 1225 osób.

Czy witryna MyHeritage przyczyniła się w jakiś sposób do osiągnięcia takiego wyniku? Jak najbardziej. Dzięki niej zupełnym przypadkiem odnalazłam rodzinę z Podlasia, skąd pochodzi mój dziadek. Gdy wpisałam w wykres informacje o rodzicach mojego dziadka ze zdziwieniem zauważyłam, że takie same nazwiska w swoim drzewie ma pan, którego zupełnie nie kojarzyłam. Niestety nie mam pełnej wersji programu i nie mogłam napisać do niego bezpośrednio, jednak mimo to, mając imię i nazwisko, udało mi się nawiązać z nim kontakt. Okazało się, że nie należy on do mojej rodziny, ale jego córka już tak. Pan jako zapalony geneaolog amator umieścił na swoim wykresie także część rodziny zięcia. I tak po nitce do kłębka udało mi się z pomocą MyHeritage i dwóch znanych portali społecznościowych dotrzeć do dziesiątek ludzi, których nigdy w życiu nie widziałam, którzy mieszkają setki kilometrów ode mnie, ale z którymi łączą mnie więzy krwi i wspólna historia rodzinna.

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony