Nasze historie: Rodzinna historia miłosna z okazji Walentynek

Komentarze0

Autorką tej historii jest Pani Barbara Grzelak Wężowska, która na co dzień prowadzi swój własny biznes. Matka dorosłych dzieci Mariki i Dawida.

Moja praprababcia była bardzo piękną chłopką. Tak piękną, że zakochał się w niej syn Dziedzica. Owocem tej miłości była córka Zosia. Kiedy stary Dziedzic dowiedział się o ciąży, a młody nie dał sobie wyperswadować małżeństwa, powiedział że zgodzi się na ślub pod warunkiem, że syn skończy studia za granicą. Gdy młody Dziedzic wyjechał, by nie dopuścić do mezaliansu, wydał ją szybko za mąż za Czerskiego – prawdopodobnie niezamożnego szlachcica. W tym czasie to nie młodzi decydowali o małżeństwie, ale rodzice i swatka. Czerski ożenił się , choć narzeczona była brzemienną, ponieważ za to Dziedzic wybronił go od służby wojskowej, która w austriackim wojsku trwała 25 lat. Jednak stary dziedzic był porządnym człowiekiem i godnie wyposażył niedoszłą synową i jej dziecko. Dał jej w posagu karczmę nad Wisłą, gdzie zatrzymywali się oryle i 10 mórg ziemi (5 ha). Zważywszy na to, że z 1 morgi musiały często wyżyć się kilkunastoosobowe rodziny – był to ogromny majątek. Kiedy młody Dziedzic wrócił z za granicy, jego ukochana była już mężatką.

Prowadziła własną karczmę, która świetnie prosperowała. Była bardzo uzdolniona plastycznie. Na Wielkanoc przychodził ksiądz, by poświęcić jadło. Wśród wszystkich potraw, zrobiła też z masła baranka, wyciskając masło przez lnianą ściereczkę, wytworzyła na nim efekt owczego runa. Ksiądz zaniemówił jak go zobaczył, klęknął i modlił się jakby do niego. Zosia zmarła prawdopodobnie na serce, już jako dorosła. Jednak nie zdążyła wyjść za mąż i nie pozostawiła po sobie dzieci.
Po śmierci żony, Czerski sprzedał karczmę, bo nie dawał sobie z nią rady. Nie wiadomo dokładnie ile praprababcia miała dzieci, ale był chyba brat oprócz Marcysi, bo ktoś został na gospodarstwie, a moja prababcia dostała jako wiano spłatę.

Pani Barbara z mężem (z sesji ślubnej)

Kiedy się urodziła, jej matka chrzestna przyjechała z Francji i przywiozła jej na chrzciny komplet zastawy stołowej. Ponieważ była ona używana na co dzień, został z niej tylko duży malowany talerz. Był on potem przekazywany z pokolenia na pokolenie najmłodszej córce jako prezent ślubny. Jest on w rodzinie do dziś.

Marcysia Czerska była piękną i posażną panną (jako wiano dostała spłatę przypadającej jej części majątku) dlatego chętnych do jej ręki nie brakowało. Jednak ona kochała się w chłopaku, który był biedny. Rodzice nie chcieli nawet słyszeć o ich ślubie. Wyswatali Marcysię za zakochanego w niej Stanisława Kuśmierczyka.

Jednak Marcysia nie chciała wychodzić za kogoś innego niż ukochany, ale bała się sprzeciwić woli rodziców. Dawniej aby wziąć ślub kościelny, trzeba było znać na pamięć „Godzinki”. Marcysia powiedziała więc księdzu, że Godzinek nie umie! Chociaż znała tą modlitwę od dawna. Niewiele jej to jednak dalo, bo ojciec poszedł do księdza i zaręczył słowem, że ona umie to na pamięć. Termin ślubu został wyznaczony.

Kiedy przyszedł ten dzień i zaczęli się zjeżdżać goście, Marcysia ani myślała się ubierać do ślubu. Dawniej na codzień chodziło się w haftowanej na piersi lnianej koszuli, długiej do kostek i na to nakładało się spódnicę. W takim też stroju wyszła Marcysia do gości weselnych i zaczęła ich obsługiwać podając do stołu co trzeba. Wtedy ojciec zarządził żeby starsza druchna wzięła cały jej strój ślubny, zapakowali ją na wasąg Sacha (bryczka pleciona z wikliny) i powieźli krnąbrną narzeczoną do kościoła. Tam Marcysia ubierała się do ślubu w zakrystii. Stach był dobrym i gospodarnym człowiekiem, więc Marcysia z czasem pokochała go. Mieli cztery córki.

Po latach wspólnego pożycia, Stach spytał żonę:

– Marcyś, bardzo żałujesz że za mnie wyszlaś?

Odpowiedziała mu:

– wiesz Stachu, człowiek był młody i głupi.

Moja babcia Stasia była najmłodszą córką. Tak jak jej siostry nie chodziła do szkół, bo ojciec nie pozwolił żeby dziewczyny siedziały w jednej klasie razem z chłopakami. Jednak umiała biegle czytać i pisać, bo ojciec osobiście nauczył tej umiejętności wszystkie swoje córki. Kiedy dorosła chętnych do ręki Stasi nie brakowało, bo była piękna i bogata, więc swaci dwoili się i troili żeby ją dobrze za mąż wydać. Czasy jednak zmieniły się na tyle, że mogła sama sobie wybrać męża.

Stasia i Tadek

Podobało jej się dwóch chłopaków. Jeden zakochany w niej po uszy z sąsiedztwa i Antek Mazur z odległej o 25 km Ługowej Woli, który tą odległość pokonywał do wybranki na piechotę. Wielkiej miłości jednak nie czuła do żadnego, ale czas było iść za mąż. Chłopak z jej wsi, który tak się w niej kochał, powiedział że jeśli nie wybierze jego i wyjdzie za innego, to się zabije. Jednak Stasia nie brała tego poważnie i wybrała Antka, bo zawsze było to ciekawsze życie w innej wsi, niż w rodzinnej. W dzień jej ślubu zakochany popełnił samobójstwo (otruł się). Za Stasi wiano Antek spłacił siostry i połowa 7 hektarowego gospodarstwa należała do jego żony. Dziadkowie byli bardzo udanym małżeństwem i przeżyli razem pond 50 lat. Na zdjęciu jest nasza rodzina podczas uroczystości ich Złotych Godów. Mieli pięcioro dzieci 2 córki i trzech synów.

Stasia z rodzicami i Wojtkiem

Starsza siostra mojej mamy – Józefa zwana w domu Gienią była bliźniaczą siostrą Józka zwanego w domu Heniem. Ich młodość przypadła na okres okupacji. Gienia szybko dojrzewała i wyszła za mąż w wieku 16 lat. Pomimo że z tego związku urodziło się czworo dzieci, jej mąż lubił wypić i nie była ona szczęśliwa. Gdy dzieci dorosły rozwiodła się z mężem i wyszła ponownie za mąż za Zdzisława również rozwodnika. Znali się oni od lat, jednak Gienia nie brała jego maślanych oczu na poważnie, bo Zdzichu był od niej 16 lat młodszy i bała się że z czasem ją zostawi dla młodszej. Jakże się myliła! Był z nią aż do śmierci. Gienia przez wiele lat chorowała (raz miała za dużo czerwonych krwinek, a raz za mało), dlatego musiała cały czas kontrolować ten stan badaniami. Ponieważ czuła się źle, przychodziła pielęgniarka do domu pobierać jej krew, a Zdzicho jeździł z wynikami do Warszawy do profesora żeby dobrał leki. Gdy lepiej się poczuła to podczas jednej w wizyt profesor powiedział, że gdyby nie ta krew kontrolowana co tydzień, nie żyłaby już od wielu lat. Przeżyli po ślubie 30 lat, a kiedy już zmarła, życie straciło dla niego sens i w rocznicę jej śmierci Zdzicho popełnił samobójstwo (połknął tabletki uspokajające).

Moja mama – Irena zwana w domu Stasią była najmłodszą córką. Jako że od starszego brata Ludwika, była młodsza o 14 lat, a od bliźniaków 10 lat, w domu była oczkiem w głowie całej rodziny. Rodzeństwo już dawno wyprowadziło się na swoje i została jako ta która ma przejąć gospodarkę. Jednak to nie majątek przyciągał okolicznych chłopców, a jej uroda i charyzma. Pierwszy chłopak był już po wojsku gdy oświadczył jej się jak miała 16 lat. Wyśmiała go wtedy i powiedziała że jest jeszcze dzieckiem, za mąż jej się nie spieszy i żeby wrócił jak dorośnie. Jakie było jej zdziwienie gdy wrócił za 2 lata i ponowił oświadczyny „bo jest już dorosła”. Jednak odmówiła, tak jak odmówiła następnym 21 oświadczającym się jej chłopcom. Wojtka poznała przez brata koleżanki. Wyjechał on z rodzinnych stron do Wrocławia i powiedział Wojtkowi o fajnej dziewczynie w swoich stronach. Dał mu adres i zaczęli korespondować.

Po roku korespondencji Wojtek przyjechał, Spodobali się sobie i powiedział jej że jak przyjedzie następnym razem, to już z pierścionkiem i suknią ślubną dla niej. Nie bardzo dowierzała jego słowom. Jak to tak oświadczyć się w biegu? Wojtek wyjechał, a ona poznała Tadeusza. Zaraz potem kontakt z Wojtkiem nagle urwał się. Przestały przychodzić listy, a i te dawane listonoszowi do wysłania pozostały bez odpowiedzi. Miała 22 lata gdy zakochała się w czarnych oczach Tadeusza. On się oświadczył, a ona przyjęła oświadczyny, ale 24 kandydat na męża córki nie spodobał się jej mamie. Jak to powiedziała „był bystry w oczach” , więc wzięli ślub cywilny potajemnie w styczniu. Gdy już powiedzieli o tym rodzicom, nie pozostało im nic innego jak dać na zapowiedzi i w lutym byli już po ślubie kościelnym. Pół roku po ich ślubie jej koleżanka – córka ich listonosza powiedziała jej, że ojciec sprzedawał korespondencję ona – Wojtek. To Tadeusz płacił listonoszowi za każdy list od i do Wojtka – 50 zł żeby tylko nie dotarł do adresata. Okazało się, że Wojtek nie zapomniał i już miał dla niej pierścionek i białą suknię z welonem. Małżeństwo zawisło na włosku, ale była już w ciąży pierwszą córką więc pozostała z Tadkiem. Byli zgodnym małżeństwem, aż 7 lat po ślubie wyszła choroba Tadeusza – schizofrenia. Z obawy o życie i zdrowie dzieci rozwiodła się. Jednak ani jedno, ani drugie nie weszło w drugi związek z innym partnerem. Odwiedzali się i szanowali wzajemnie. Stasia do końca życia Tadka chodziła pielęgnować go, gdy trzeba było zastąpić córkę z którą mieszkał.

Złote Gody Stanisławy i Antoniego Mazurów – moich dziadków

Ja jestem najmłodsza z rodzeństwa. Z Jackiem mieszkałam od dzieciństwa w tym samym bloku. Był z niego niezły ancymon. Zmieniał dziewczyny jak rękawiczki, a kiedyś umówił się z czterema na raz pod kinem i poszedł z kolegą zobaczyć czy wszystkie przyszły. Chodziłam z jego kolegami, a Jacek mi się wcale nie podobał. Gdy zerwałam z jednym, a potem z drugim, uknuli oni plan, że postawią Jackowi flaszkę żeby rozkochał mnie w sobie i rzucił – taka miała być ich zemsta. Niestety to on zakochał się na zabój, bo byłam pierwszą dziewczyną, która trzymała go na dystans. – Ta albo żadna! – powiedział swojemu ojcu, gdy go rzuciłam. Chodził dotąd aż wychodził. Po 6 latach wzięliśmy ślub. Jako najmłodsza córka w prezencie ślubnym dostałam od mamy słynny talerz mojej prababci. Wybudowaliśmy dom i wychowaliśmy dwoje dzieci. Przeżyliśmy razem 24 lata. Pod koniec powiedział mi, że uzależniam i że z każdym dniem coraz bardziej mnie kocha. Zabili go w Londynie w 2007 roku w moje 44 urodziny.

Po śmierci Jacka wpadłam w depresję z której po 2 latach pomogły mi wyjść dzieci. Nie chciałam się drugi raz zakochać, bo bałam się znów stracić swoją miłość. Potrafiłam odpędzić każdego adoratora. Moją dewizą było: jedno życie – jedna miłość.

Byłam 7 lat wdową gdy pojechałam do Szklarskiej Poręby. Było to moje dziewiąte sanatorium, z którego znów planowałam wrócić sama. Zbyszek który od roku był wdowcem, pierwszy raz zobaczył mnie jak tańczyłam i jak dziś mówi nie mógł przestać na mnie patrzeć. Podszedł i poprosił mnie do tańca. Gdy wziął mnie w ramiona, zadrżałam. Po raz pierwszy od śmierci Jacka było mi tak dobrze w objęciach innego mężczyzny. Czułam się tak, jakby były od zawsze moim przeznaczeniem. Zadrżałam podczas tego tańca jeszcze dwa razy i miałam nadzieję że on tego nie wyczuje. Wiedziałam że mogę pokochać tego mężczyznę i przeraziło mnie to. Gdy ucichła muzyka popatrzyliśmy sobie w oczy po czym odeszłam do moich koleżanek. Powiedział mi później że wtedy pobił rekord pingwina. Pingwin zakochuje się raz na całe życie w ciągu 10 sekund. On – do tej pory analityk zawsze rozważający wszystkie za i przeciw, nie wiedząc nawet jak mam na imię, podjął decyzję swojego życia, że wraca ze mną, albo do końca życia będzie nieszczęśliwy. Nie chciałam tej miłości, ale on nie dawał za wygraną i stawał mi się coraz bliższy. Pokochałam go. Dwa miesiące później oświadczył się, a ja powiedziałam tak. Postanowiłam jednak poczekać, czy między nami nic się nie zmieni. Dzieliło nas 700 km ale przyjeżdżał do mnie co 2 tygodnie. Po pół roku zostawiłam biznes i dom, spakowałam walizkę i wyjechałam z nim do Stargardu zacząć nowe życie. Kiedy stanęliśmy przed ołtarzem minęła 2 rocznica naszego zapoznania się w Szklarskiej Porębie. To drugi rok po naszym ślubie, a my żyjemy jak w bajce. Jesteśmy po pięćdziesiątce dlatego nie czekamy na rocznice. Wiemy że każdy nasz wspólnie spędzony dzień jest wielkim darem od Boga. Codziennie mi powtarza że kocha te moje oczy. W każdą miesięcznicę naszego zapoznania Zbyszek przynosi mi bukiet róż. Obydwoje nigdy nie sądziliśmy, że po tych wszystkich nieszczęściach, będziemy jeszcze tacy szczęśliwi.

Moje dzieci są dorosłe. a córka Marika jest najmłodszą dziewczyną w tym pokoleniu. Mam już dla niej prezent ślubny – malowany talerz po jej praprababci przywieziony dawno temu z Francji …

Autorka historii z meżem i dziećmi (chrzest syna)

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony