Historia rodzinna: Niezapomniana prababcia

Komentarze

Ta historia rodzinna została napisana przez Panią Agatę Aponowicz. Pani Agata z wykształcenia jest terapeutom zajęciowym oraz instruktorem warsztatów szycia,  z zamiłowania twórcą autorskich zabawek i ubrań tworzonych pod wdzięcznie brzmiącym szyldem „Javorkowo”.

– Ty wiesz, że babcia nie żyje? – powiedział do mojej mamy jej brat Grzegorz, stając na progu naszego dopiero co otrzymanego z przydziału domu.

– Kiedy pogrzeb? – spytała wstrząśnięta, po dłuższej chwili milczenia.

– Właśnie z niego wróciliśmy! – oznajmił tryumfalnie jej brat, mając na myśli siebie i babcię Emmę.

Grzegorz czasami przychodził do nas przechwalać się albo zwyczajnie się pokłócić. Tak jak babcia Emma ze swoją siostrą Gizelą albo ja ze swoją. Zadziwiające, jak niektóre rzeczy pozostają niezmienne. To już trzecie pokolenie skłóconego rodzeństwa w naszej rodzinie. Po ostrej wzajemnej wymianie epitetów mama trzasnęła drzwiami przed nosem Grzegorza. Ha! Ciekawe, jaką minę miał ten drągal, pewnie nietęgą. Mama nigdy tak nie postępowała.

Nie słyszałam, o czym mówili, albo po prostu nie chciałam słyszeć. Tego dnia po raz pierwszy widziałam, jak matka płacze. Ta silna kobieta, która potrafiła wszystko znieść i wszystko wytrzymać, znała rozwiązanie każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, płakała jak małe dziecko. Bolało ją, że matka nie zabrała jej na pogrzeb ukochanej babci, że brat z sadystyczną wręcz satysfakcją oznajmia jej na progu, że już po wszystkim, po ceremonii, babci nie ma, a to wszystko ją ominęło. Cierpiała, że nie ma kobiety, która ją wychowała, z którą przeżyła najpiękniejsze chwile dzieciństwa. Mama nigdy potem nie odezwała się już do brata.

Babcia Emma oddała moją mamę na wychowanie prababci Józefie z początkiem podstawówki. Mawiała, że to dla jej bezpieczeństwa. Ojciec mamy, a mój dziadek, st. bosman Czesław Haba pracował wówczas w WSW. Dziadka nigdy nie poznałam. Czy był bohaterem? Trudno stwierdzić. Czy zajmował się inwigilacją? Prawdopodobnie. Jego życie było owiane tajemnicą. Zmarł młodo, bo w wieku 41 lat. Znam jedynie fragmentaryczne epizody z opowiadań mamy. Była wychowywana pod kloszem i naprawdę niewiele wiedziała o tym, co się dzieje w życiu rodziców. Jedno jest pewne – bali się o swoje dziecko. Widocznie Czesław komuś się naraził, a córeczka tatusia musiała być bezpieczna, tak więc wieś o nazwie Roźwienica stała się jej domem, przynajmniej na pewien czas.

Mieliśmy jednego bohatera w rodzinie, a nawet dwóch. Prababcia Józefa z domu Hady, ta sama, nad stratą której tak rzewnie płakała moja mama, i jej mąż – pradziadek Józef Picur. Do dziś nie wiem, które z nich było większym. Ona, bo została sama na zdewastowanym przez wojnę gospodarstwie z czworgiem dzieci przy boku, przygarniając dwoje nie swoich? Czy on, siłą zabrany do obozu śmierci, tylko dlatego że okazał się człowiekiem, nie świnią?

Tego dnia zdałam sobie sprawę, jak bardzo brakuje mi prababci. Jak ważna była dla mnie, dla mamy, dla moich krewnych, całego naszego rodu. Zostawiłam mamę samą w pokoju i powróciłam myślami do chwil, kiedy z Józefą i Stanisławem, jej niepełnosprawnym synem, spędzałam wakacje. Tam wywiozła mnie mama, z nadzieją, że poczuję tę samą więź ze swoimi przodkami, co ona.

Odkąd pamiętam, Józefa zawsze była stara. Miała śmiesznie wystającą bródkę, niczym baba jaga, i nijak to nie pasowało do jej pogodnego i łagodnego charakteru. Przy tym była niezwykle energiczna. Śmigała po okolicy niczym młoda łania. Pracowała nieustannie. Zawsze miała ręce zajęte jakąś pracą, lecz gościom nigdy to nie przeszkadzało. To była cała ona! Dusza towarzystwa, ludzie ją kochali i lgnęli do niej niczym ćmy do światła.

Odkąd przyjechałam, w Roźwienicy wszystko było dla mnie egzotyką. Począwszy od zwyczajów, poprzez nawyki, a skończywszy na rozkładzie domu i kompletnym braku szarych blokowisk. Sama tylko kuchnia była wielkości mieszkania w Gdyni, w którym gnieździła się czteroosobowa rodzina. Były też dwa przyległe do kuchni pokoje oraz korytarz oddzielający część mieszkalną od stajni. Z pokojów, urządzonych w iście podkarpackim stylu, nie korzystał nikt prócz przyjezdnych, bo całe życie toczyło się w kuchni. Józefa nie zakluczała domu, przynajmniej do czasu napływu obcej ludności w latach 90. Mawiała, że dom musi być otwarty, goście muszą mieć schronienie.

***
W pierwszym pokoju, prócz wyposażenia charakterystycznego dla regionu, dumnie stała maszyna Singera z 1925 r. Fascynowało mnie owo cudo na żeliwnych misternie zdobionych nóżkach.

– To maszyna twojego pradziadka – odrzekła, widząc moje zainteresowanie. – Był szewcem, szył najlepsze buty w okolicy. Chcesz, to idź na strych i obejrzyj buty, które robił, jeszcze ich nie wyrzuciłam. Możesz zabrać wszystkie do Gdyni.
Do dziś żałuję, że tego nie zrobiłam. W pamięci utkwiły mi tylko męskie, czarno-białe trzewiki przywodzące na myśl buty do stepowania z lat 40. Józefinę rozbawiła moja nadmierna fascynacja zwykłą maszyną do szycia, więc pokazała mi, jak owo cudo funkcjonuje. Odtąd przedwojenny singer pradziadka stał się najbardziej pożądaną rzeczą mych marzeń i snów.

– Dostaniesz, jak pójdziesz do szkoły krawieckiej – mawiała, studząc mój zapał.
Nigdy jej nie dostałam, chociaż szkolę skończyłam. Gizela, siostra babci, sprzedała ją w antykach. Po wielu, wielu latach, szarpana niespełnionym pragnieniem, kupiłam podobną maszynę w Gdyni.
***

– Jak wyglądał pradziadek? – spytałam.
Wskazała wyretuszowane zdjęcie ślubne wiszące na bocznej ścianie w ręcznie rzeźbionej ramce pomalowanej złotą farbą.
– Ładny był – stwierdziłam infantylnie.
– Coś nie bardzo – odprychnęła.

Mąż prababci, Józef Picur, zginął w Auschwitz dlatego, że przechowywał chleb dla żołnierzy AK. Bywało, że i żołnierzy także. Od lat krążyły o tym opowieści po okolicznych mieszkańcach. W domu w Roźwienicy była kryjówka. W stajni pod dachem był obniżony strop, który tworzył skrytkę między dachem a stropem. Mogło zmieścić się pięciu rosłych, leżących mężczyzn. Kilka razy Niemcy rewidowali dom, ale niczego nie znaleźli. W sierpniu 1944 r. udało się im w końcu przyłapać pradziadka na gorącym uczynku. Zabrali go do Auschwitz wraz z kilkoma żołnierzami AK.

Staszek, jego syn, miał wtedy osiem lat, był nad wiek rezolutny. Zawsze pomagał rodzicom przy pracy. Opiekował się rodzeństwem. Widział, jak biorą ojca w niewolę. Próbował go bronić, lecz został przez dorosłych powstrzymany. Po południu wymknął się z domu i podążał w ślad za ojcem, z nadzieją, że tym razem uda się mu powstrzymać Niemców i przyprowadzić tatę do domu. Staszka nie było dwa dni. Do domu powrócił w głębokiej traumie z symptomami opóźnienia rozwoju.

Nikt z nas nigdy nie dowiedział się, co za straszna tragedia wtedy się wydarzyła. Od tego czasu inaczej patrzyłam na wujka Staszka. Już nie jak na imbecyla, który na wszystkich mówi „pan”, „pani”, łącznie ze swoją matką, której nie pamięta, i zapomina, co się do niego mówiło chwilę po wypowiedzeniu ostatniego słowa zdania. Wtedy wujek dał mi prawdziwą lekcję szacunku i tolerancji. Długo nosiłam w sobie wstyd za swoją ignorancję. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Na zawsze zachowam w sercu tę chwilę.
***
– Na miłość boską! – ryknęłam znienacka. – Staszek! Przecież on jest tam kompletnie sam! – darłam się, w pośpiechu pakując rzeczy na wyjazd, aż matka wyskoczyła zdezorientowana z pokoju.
– Że co? – jęknęła, ukradkiem ocierając łzy.
– Wujek Staszek! On został kompletnie sam! – kontynuowałam swoje wrzaski, miotając się po domu od szafy do szafy, zbierając niezbędne rzeczy do walizki. – Trzeba mu pomóc! Sam sobie nie poradzi! – ryczałam podniesionym głosem.
– Zaczekaj – skwitowała matka, odzyskując resztki straconego animuszu. – A czego ty będziesz żyła? Gdzie pracę dostaniesz? Czy ty myślisz, że ktoś cię tam będzie utrzymywał? Zostań.
Zostałam. Choć wtedy nie wiedziałam, jak przykra w skutkach będzie to decyzja. Nie wiedziałam, że raz na zawsze stracę kontakt z nimi. Że po 20-letniej przerwie i nieudanych próbach nawiązania kontaktów z rodziną zdam sobie sprawę, że jedyne, co nas łączyło, to prababcia Józefa.

Zostaw komentarz

Adres email jest prywatny i nie zostanie wyświetlony