Gratuluję, Elu! Pięknie Ci to wszystko wychodzi. Oby tak dalej – do Mieszka I !
Historia użytkownika: Jak babcia Ela swą tożsamość odnajdywała
- Od admin


Motto: „Z pamięci o bliskich utkana jest nasza własna tożsamość”
Po dłuższej przerwie w historiach rodzinnych publikujemy dzisiaj Wam historię Pani Elżbiety Czesławy Chmielewskiej z Hajnówki. Może być ona przykładem i wsparciem dla tych, którzy nie zaczynają szukać swoich krewnych albo rezygnują widząc beznadzieję. Kiedy zaczynała tworzyć swoje drzewko będąc w 6-kl szkoły podstawowej, zazdrościła swoim koleżankom, że mają ciocie, babcie w innych miastach, wsiach, bo jej rodzina mieszkała na tej samej ulicy, a to była tylko jedna babcia i jej troje dzieci z rodzinami (w tym jedno bezdzietne). Ta tęsknota i chęci oraz podejmowane na miarę tamtych czasów próby odnalezienia rodziny zaowocowały głównie, gdy nastała era powszechnego Internetu – jak twierdzi Pani Elżbieta.
Pani Ela ma lat 61, była nauczycielką techniki i zwariowaną aktywistką-społecznicą, ze 100 pomysłami na godzinę. Swoim entuzjazmem i optymizmem 'zaraziła’ wiele osób, które zaczęły się zastanawiać nad swoimi korzeniami, a w konsekwencji podjęli poszukiwania tak jak i ona!
Moje odejście na emeryturę dziesięć lat temu było niby nieśmiało planowane, ale w sumie zupełnie nagłe i niespodziewane. To los na spółkę ze zdrowiem podjęli decyzję za mnie.
Moment pożegnania z pracą zbiegł się z całkowitym „wyfrunięciem” dzieci z gniazdka domowego i usamodzielnieniem w nowych rodzinach, oraz ze śmiercią taty, ciężką chorobą mamy, wypadkiem męża, a w konsekwencji utratą pracy, no i moją operacją. Wydawałoby się, że to aż nadto, że trudno byłoby się pozbierać i znaleźć w tym wszystkim miejsce dla siebie. Przed pustką, nudą i depresją obroniła mnie moja wrodzona aktywność domowo-społeczna, optymizm i przekora, to znaczy optymizm na przekór wszystkiemu. Moim przewodnim hasłem emeryckim zaczęło być: „ NARESZCIE MOGĘ ROBIĆ TO CO CHCĘ I CO POWINNAM, A NIE TO CO MUSZĘ”.
Nie było ważne, że kolejność była odwrotna, że tego „co powinnam” było dużo więcej i starczało na cały dzień, ale za to wieczory i nocki były już moje, mogłam poświęcić je na to „ co chcę”. Pracując w szkole podstawowej zajmowałam się dodatkowo edukacją ekologiczną dzieci i młodzieży, prowadziłam kronikę szkoły, więc i teraz również nie tracę kontaktu z uczniami, pomagając koleżankom w szkołach i w Ośrodku Edukacji Przyrodniczej. Nadal biorę czynny udział w pracach społecznych organizacji, w Związku Nauczycielstwa Polskiego, Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Towarzystwie Ochrony Krajobrazu, uczestniczę w konferencjach w spotkaniach, prelekcjach, wystawach, wycieczkach. Poszukuję starych zdjęć, ciekawych ludzi i ich wspomnień dla Towarzystwa Przyjaciół Hajnówki, jeżdżę na rajdy – rowerem oczywiście, bo rower to następna moja pasja, która trwa od pierwszej wypłaty w 1974 r. z której kupiłam swój pierwszy rower i trwa nieprzerwanie do tej pory, codziennie, przez cały rok, nawet zimą niezależnie od tego czy jest śnieżyca, czy mróz 30-stopiowy. Nawet noga w gipsie nie powstrzymywała mnie od codziennych przejażdżek dla relaksu fizycznego i psychicznego.
Całe życie żyłam w ”biegu” i teraz też nic się nie zmieniło, bo inaczej nie zdołałabym ze wszystkim zdążyć. Do tego dosyć szybkiego tempa mobilizuje mnie już sama świadomość, że wieczorem będę mogła poświęcić czas dla siebie. Delektuję się potem tymi chwilami, gdy jest cisza i spokój, pieski (Brusia i Furia) drzemią, mąż zasypia przy grającym telewizorze, a ja spokojna zrelaksowana (nawet po najbardziej ciężkim dniu) siedzę przy komputerze i uczę się. Na szczęście dzieci wyprowadzając się zostawiły mi w prezencie tę zdobycz techniki, ale już obsługiwać musiałam nauczyć się sama. Krok po kroku, z pomocą znajomych – przeważnie uczniów – przez Gadu Gadu uczyłam się podstawowych czynności. Mogę być dumna z siebie, że nie znając angielskiego próbowałam tłumaczyć i rozszyfrowywać przepisując na kartki, angielskie komunikaty i polecenia, kiedy nie wiedziałam gdzie kliknąć myszką.
Komputer, a głównie Internet pomógł mi dużo w innej mojej pasji, której początki sięgają jeszcze dzieciństwa – to zainteresowanie własnymi korzeniami, historią rodziny. Wtedy jeszcze nie umiałam być bardziej dociekliwa, choć żyła babcia, od której mogłam się dużo dowiedzieć, ale mnie wystarczyło wtedy, że mogłam narysować swoje malutkie „drzewko” rodziny. Później dojrzałam do nowych wyzwań, ale było już za późno, nie było kogo wypytać, bo wszyscy poumierali. Teraz w dobie komputerów i stałego dostępu do Internetu łatwiej jest dotrzeć do informacji, więc i poszukiwania są skuteczniejsze.
Motywatorem do wznowienia poszukiwań była jedna z krajoznawczych wycieczek emerytowanych nauczycieli ZNP po południowych rejonach Puszczy Białowieskiej. Przewodnik podał lakoniczną i niezupełnie prawdziwą informację o młodym malarzu – studencie – z Wysokiego Litewskiego, który odmalował kościółek w Wołczynie (obecnie Białoruś), do którego 17 lipca 1938 r. zostały przewiezione z Rosji i pochowane szczątki ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Poruszyło to mnie trochę, bo tym malarzem był mój wujek a właściwie mąż cioci – Józef Charyton, a przekazy rodzinne były zupełnie inne niż to co opowiadał przewodnik. Postanowiłam wyjaśnić tę zagadkę. Podczas poszukiwań natrafiłam na rodzinę, która przechowywała po swojej babci stare zdjęcia, listy i pocztówki z lat 1906- 1924.
To była choć fragmentaryczna, lecz zadziwiająca skarbnica wiadomości o rodzinie. Ponieważ wujek Napoleon – właściciel zdjęć – był głuchoniemy niewiele wiedział, znał jedynie kilka osób na zdjęciach. Jednak tygodnie ślęczenia przy komputerze nad zeskanowanymi tekstami i zdjęciami dały rezultaty, pozwoliły rozszyfrować 90% zdjęć i tyleż pocztówek. Okazało się że mój pradziadek Benedykt Pobiedyński był na początku XX wieku nadzorcą kolei w Czeremsze i miał dużo więcej dzieci, niż wiedzieliśmy. Po roku poszukiwań, głównie internetowo-telefonicznych udało mi się odnaleźć potomków jednego z synów Benedykta. To cioteczne rodzeństwo mojej mamy!! Bardzo bliska rodzina, choć nikt nic nie wiedział o wzajemnym istnieniu. Podekscytowana tym sukcesem zostałam lekko ostudzona pytaniem mamy: „ I co dalej ?” „Co z tym zrobisz?”.
Rzeczywiście, nie zastanawiałam się nad tym. Całym sercem dążyłam do odnalezienia i jakoś nie miałam żadnych obaw, ani wątpliwości. Wiedziałam, że muszę do nich zadzwonić, opowiedzieć o nas. Zadzwoniłam. Nie układałam wcześniej rozmowy, to było tak samo spontaniczne jak ja. Byli zaskoczeni maksymalnie, ale uwierzyli, choć całe swoje życie przeżyli w przeświadczeniu, że oprócz nich nie ma już nikogo więcej z rodziny. To jedno zdanie, w którym usłyszałam – podziękowanie za odnalezienie, podbudowało mnie ogromnie, dało wiarę w słuszność tego co robię, a jednocześnie wynagrodziło mi tę drugą ciemniejszą stronę mych pasji, stronę finansową, przestałam mieć wyrzuty sumienia przed rodziną. Od tamtej pory minęło 8 lat. Utrzymujemy ze sobą stały kontakt telefoniczny i internetowy, a z większą częścią rodziny poznaliśmy się osobiście, choć mieszkamy w najodleglejszych zakątkach Polski. I to był początek moich sukcesów w poszukiwaniach.
Następnego roku, mając prawdziwie wolny czas w zimowe „święte wieczory” postanowiłam zabrać się za poszukiwania korzeni rodziny tym razem ze strony babci Pauliny z domu Gutewicz. To było o wiele trudniejsze, gdyż miejsce jej urodzenia – Hulowce – i zamieszkania – Lachowce – po 1920 r. znalazły się poza wschodnią granicą Polski. Przez wiele lat nie mogłam znaleźć najdrobniejszego śladu, bo tak jak przypuszczałam zbyt polska nazwa „Lachowce” nie mogła pozostać, szczególnie w Związku Radzieckim, po etapie „NKWD, Kazachstanu i Syberii”. Znowu dopomógł mi Internet. Nie dość, że znalazłam ludzi zainteresowanych historią Wołynia, to dotarłam do map, bardzo dokładnych wojskowych map historycznych. Nie zapomnę chwili, gdy pierwszy raz udało mi się znaleźć wieś Hulowce i obok miasteczko Lachowce. Ciarki przeszły mi po plecach, ścisnęło w gardle, gdy zobaczyłam niesamowicie dokładną mapę z 1889 r.(1910?) z zaznaczonymi nawet zabudowaniami i mogłam pokazać mamie miejsce gdzie stał dom babci, gdyż tylko ich zabudowania dotykały rzeki Horyń. To było niesamowite przeżycie, choć wcześniej wydawało się zupełnie nierealne. Ze wszystkimi moimi odkryciami i sensacjami, a było ich sporo, natychmiast dzieliłam się z mamą, jedyną żyjącą osobą z jej pokolenia. Natychmiast dzwoniłam nie patrząc nieraz, która to godzina.
Następna mapa z 1934 r. była dla mnie równie sensacyjna. Zobaczyłam szczegółowo przedwojenną granicę Polski z Rosją. Moje Lachowce leżały dosłownie kilka kilometrów za granicą. Ożyły opowiadane przez babcię wspomnienia z jej młodych lat, jak ciężarną, z malutkim dzieckiem na ręku jej mąż Michał Pobiedyński – budowniczy kolei na Wołyniu, zawiózł drezyną do Szepietówki, wsadził do pociągu z transportem wojskowym jadącym w kierunku Brześcia, a sam z posażną krową szedł torami do domu swoich rodziców, do koszarki kolejowej koło Siemianówki. Gdy pomyślałam co mogła wtedy czuć babcia, młodziutka 22-letnia dziewczyna, jadąca sama, bez męża (mąż poszedł pieszo ale wcale nie było pewne czy dojdzie) w nieznane, wiedząc, że z tyłu za nią zamknie się granica, oddzielająca ją od swej ogromnej rodziny, której być może już nigdy nie zobaczy i, że odtąd będzie sama w obcym miejscu, wśród obcych sobie ludzi. Podziwiałam ją za odwagę. Zastanawiałam się czy ja zdobyłabym się na taki krok. Do tej pory nie potrafię na to odpowiedzieć. Chyba raczej nie, bo przede wszystkim boję się ryzyka i za bardzo przywiązuję się do miejsc, ludzi i do własnego domu.
Ksiądz Artur z parafii w Bilohirii (dawne Lachowce), który włączył się do moich poszukiwań, odnalazł potomków jednego z nielicznych Gutewiczów którzy przeżyli aresztowania i wysiedlenia do Kazachstanu. Tu również Internet dużo mi pomógł. Mogłam zrewanżować się księdzu, wyszukując wszystko co mogłoby dotyczyć ich parafii, bo choć kościół wybudowano już w 1612 r. i przetrwał do dziś wraz z budynkami klasztornymi Dominikanów, to przez ostatnie 130 lat władze sowieckie skutecznie zniszczyły wszelkie ślady działalności parafii. Udało mi się znaleźć trochę interesujących wiadomość i dokumentów, z czego najcenniejszym jest spis księży w języku łacińskim, którzy przebywali w parafii od 1781 r. oraz zdjęcie obrazu Stanisława Ordy z 1862-1876 r. przedstawiający Lachowce z widokiem na kościół Dominikanów i budynki klasztorne oraz kościół parafialny, który znajduje się w Muzeum Narodowym w Krakowie. To były cenne znaleziska dla mnie i jak sądzę również dla parafii. Jeszcze w tym samym roku będąc na wycieczce w Lwowie i okolicach spotkałam się z ks.Arturem, oraz odnalezionym Aleksandrem Gutewiczem. On też nie wiedział, że żyje ktoś jeszcze z jego rodziny. W następnym roku na zaproszenie księdza i Aleksandra pojechałam do Bolohirii i Korostenia. W Hulowcach odnalazłam miejsce, gdzie stał dom rodzinny mojej babci oraz ludzi którzy i opowiedzieli mi o moim pradziadku. Te opowieści były dla mnie cenniejsze niż np. wiadomość o herbie (dotyczy to innej rodziny).
W międzyczasie (również zimą) odezwał się do mnie p. Wiraszka zainteresowany moimi powiązaniami z rodziną Strusów. Nikogo nie znaliśmy z tej rodziny, a tato pamiętał tylko przekaz rodzinny, że „ jego dziadek miał dwóch braci. Jeden był księdzem, a drugi hulaką i przegrał w karty cały rodzinny majątek w Strusach”. Nie spodziewałam się że p. Wiraszka piszący monografię swojej rodziny poda mi życiorysy trzech księży Strusów z tamtego okresu. Jak się później okazało, gdy odszukałam metryki jeden był moim stryjecznym pradziadkiem. Następnego dnia na portalu Nasza Klasa znalazłam praprawnuczkę trzeciego brata – tego hulaki, a tydzień później byłam już w Strusach na jej zaproszenie. Od tamtej pory widujemy się od czasu do czasu, a telefonicznie rozmawiamy regularnie.





Marian
27 września, 2013
Ja też znam już dużo z historii własnej rodziny.Staram się nadal dowiedzieć się jak najwięcej o własnym rodowodzie.